panelarrow

Moje3po3

Blog: opowiadania, reportaże, proza życia

dom

Córka bogacza

| 0 comments

 

***

Daggi była zniewalająco piękna i obrzydliwie bogata. Frank poznał ją na imprezie u klienta jego siostry. Otrzymali lukratywne zlecenie na reklamę firmy, materiał się spodobał i agencja siostry zainkasowała sporą sumkę. Bogacz często do nich wracał z nowymi pomysłami biznesowymi do wypromowania. Wtedy otworzył córce szkołę latania, siostra Franka wraz z innymi marketingowcami została zaproszona na szumne otwarcie pierwszego hangaru. Nie miała z kim iść, albo puściła ściemę i zabrała go ze sobą z litości, nie mogąc patrzyć jak pogrąża się w rozpatrzy. (Żona Franka wyprowadziła do rodziców i groziła rozwodem.)

Gdy zobaczył Daggi nie mógł oderwać od niej oczu, była taka inna od jego żony, taka szczupła, piękna i zadbana. Kręcił się koło niej jakiś odpicowany laluś, nadmuchany sterydami z równie mocno nadmuchanym portfelem. Frank nie widział wielkich szans, chłopczyk z żurnala był gwiazdą towarzystwa, do tego pewnie był obrzydliwie bogaty. Frank nie miał złudzeń, urzędas w wypożyczonym garniturze nie ma szans „w tej klasie”.

Frank najpierw przyglądał się Daggi, długie nogi w szpilkach robiły wrażenie, ale najlepsze miała cycki. Po chwili już właściwie widział tylko jej cycki. Zastanawiał się, czy były silikonowe, czy prawdziwe. Później zaczął sobie wyobrażać, co by z nimi zrobił gdyby miał okazję zostać z bogatą córuchną sam na sam. Tak się rozmarzył, że musiał wyjść do łazienki.

Po chwili znów popijał drinki i obserwował ich z daleka. Laluś szczerzył zęby do kamery bardziej niż Daggi i więcej czasu poświęcał jej tatusiowi. Daggi dość często rozglądała się po sali nie zwracając uwagi na nudne rozmowy panów w garniturach. Nie trzymała się też blisko wypacykowanych żon biznesmenów. Co chwilę patrzyła na tyły hangaru, gdzie stała pierwsza maszyna. Frank też był ciekawy, lata pracował na lotnisku, ale takiego symulatora nie widział, postanowił podejść i popatrzeć z bliska.

Daggi do niego dołączyła, akurat wtedy, gdy kompletnie przestał o niej myśleć. Krótka i ciężka rozmowa, wcale mu nie podpasowała.  – Cóż za wścibska babka? – Daggi wypytywała czy się na tym zna, jakby był na rozmowie o pracę, a nie na przyjęciu. Drażniła go, miał ochotę skłamać i poszpanować, ale ten szczebioczący głos i strojenie głupawych min, nie zachęcało do prowadzenia gadki. Przyznał się, że jest celnikiem, grzebie ludziom po bagażach, a najczęściej przewozi zarekwirowane przedmioty do utylizacji. Zaniemówiła, ciekawe czego się spodziewała, szychy z agencji?

 

***

Spodobał się jej, nie wiadomo dlaczego, ani skąd Daggi wytrzasnęła jego numer. Nie był dla niej zbyt miły, nawet bardziej arogancki niż zwykle, jej szczebiotliwy głosik długo grał mu na nerwach. Patrzył wtedy na jej dorodne, mocno wydekoltowane cycki, to sprawiało mu wyraźną ulgę. Umawiał się często, na początku na złość żonce, która znalazła sobie kochasia, a później już dla szpanu i zazdrosnych spojrzeń kolegów. Niektórzy próbowali nabijać się z jej piskliwego głosu, ale milkli na stwierdzenie, że w łóżku na szczęście nie rozmawiają.

Daggi często go gdzieś zapraszała, sponsorowała większość wyjść i mizdrzyła się do niego ostentacyjnie. Pochlebiało mu to i na swój sposób bawiło, jak starała się go zdobyć za wszelka cenę. Nie traktował jej zbyt poważnie, było mu dobrze samemu. Chociaż te jej cycki, zawsze go prowokowały i nie raz nie dwa miał ochotę się z nią przespać. Musiał się pilnować, wolał przelecieć jakąś dziewczynę z baru, w jakiś podświadomy sposób obawiał się nachalności Daggi.

W trakcie rozwodu Frank stracił mieszkanie. Sąd postanowił, że ma go spłacić, albo się wynieść. Z trudem wynegocjował u żony, że jak ona znajdzie kupca to się wyniesie, a póki co to pomieszka. Pech chciał, że agencja nieruchomości szybko znalazła nabywcę. Prawnik  przysłał mu list, z którego wynikało, że  ma miesiąc na wyprowadzkę i otrzyma połowę pieniędzy tzn. jakieś ochłapy, bo musieli uregulować kredyt bakowy.

Międzyczasie jego żona zamieszkała z jego synem i nowym facetem na obrzeżach miasta. Za każdym razem, gdy przyjeżdżał po chłopaka w terminie wyznaczonym przez sąd, wnerwiał go ten jej ułożony starszy człowiek w okularkach. Jeszcze bardziej wkurzał go ten jego biały domek, był dokładnie taki jak jego żona zawsze chciała mieć. Malutki skromniutki z pięknie wystrzyżonym ogródkiem.  – To się jej trafiło? Może wzięła sobie staruszka dla pieprzonego domku?

Syn polubił tego jej Mata, ciągle o nim opowiadał zawiózł go do klubu, to byli na wycieczce, to mu kupił, to załatwił… Frank miał czasami już dość słuchania o obcym, który tatusiował lepiej od niego i zawsze miał czas dla jego syna. Na początku starał się konkurować, ale takie wypominki drażniły go coraz bardziej, a syn coraz częściej wybierał jakieś atrakcje zorganizowane przez Mata i twierdził, że popołudnia z Frankiem są nudne. Z czasem ich kontakty rozluźniły się.

 

***

Frank nie mógł znaleźć taniego mieszkania w okolicy lotniska. Wszystko, co się trafiało w miarę normalnej cenie i nie wyglądało jak rudera, było kawał drogi od pracy. Wiedział, że Daggi ma dom za miastem, gdzieś w połowie drogi miedzy lotniskiem, a jej prywatną szkołą latania.  Był tam raz i zastanawiał się długo, przyglądał mapie, na pewno bliżej niż z centrum i korków powinno być mniej na wiejskiej drodze. Zadzwonił do Daggi, była zaskoczona, nigdy wcześniej tego nie robił. Jeszcze bardziej zszokowało ją jego pytanie, ale zgodziła się bez problemu, aby zamieszkał, dopóki nie znajdzie jakiegoś lokum.

Sprzedał wszystko, co nadało się do upłynnienia z mieszkania, część rzeczy wywiózł do wynajętego garażu i po kilku dniach wprowadził do Daggi. Śmieszyła go przesadną pedanterią i obawami przed bogatym tatusiem, który może odciąć pieniążki, jak mu się jej chłopak nie spodoba. 30- letnia kobieta z fobią, co powie jej tatuś, to naprawdę było zabawne. Zawsze jak miał przyjechać to wyrzucała Franka na miasto, a jak zrobił niespodziankę to chowała go w garderobie, albo wyganiała do ogrodu. Do tego ten jej piskliwy głos, gdy wpadała w panikę, przypominała monstrualną myszkę uciekająca przed starym kotem.

Gdy nie spodziewali się nalotu rodzinki zachowywała się normalnie, nawet zaczynał ja lubić. Przyzwyczaił się do jej szczebiotu i do tego, że sprzątaczka ukrywa jego ciuchy i inne rzeczy, które znajdzie w jej garderobie, że musi tam chodzić nawet po golarkę i szczoteczkę do zębów. Nie miał pretensji, w końcu to jemu nie chciało się szukać nowego lokum, a dzięki Daggi mógł odłożyć to co zaoszczędził na czynszu.

Życie z Daggi zrobiło się ekscytujące, jak mały chłopiec bawił się w chowanego, miał czas na kolegów i szlajanie się po barach, gdy ona wyprawiała szalone przyjęcia dla bogaczy. Czasem jego też zapraszała, nawet kupiła mu odpowiednie ubranie, podjeżdżał wtedy do domu, jakby tam wcale nie mieszkał. Nadmuchany sterydami laluś zawsze był blisko Daggi, nie dziwiło go to, chodziły plotki, że tatuś próbuje ich ze swatać, a ona przecież zawsze słuchała tatusia. Z czasem Frank dowiedział się, że matka uciekła od jej ojca, gdy Daggi była mała i wyjechała do swojego egzotycznego kraju, którego nazwy już nikt nie pamiętał.

 

***

Frank siedział w krzakach w ogrodzie, Daggi miała znów niespodziewanych gości. Zastanawiał się, co dalej ze sobą zrobić, niby w pracy było dobrze, chociaż nudno. W domu? Powoli zaczynał być zmęczony tym ciągłym ukrywaniem się, a Daggi wydawała się małą-dużą i bardzo rozkapryszoną dziewczynką. Śliczną dziewczynką, szczególnie wieczorami, bez tony makijażu, gdy wskakiwali nago do łóżka. Jedyna atrakcja, jaka mu obecnie pozostała to seks.

W łóżku nie było już tak spontanicznie jak na początku, Daggi nie pozwalała mu już tak często dossać się do tych okrąglutkich, plastikowych piersi, które uwielbiał i coraz częściej otwierała buzię podczas harców. Ten jej szczebiot! Chyba nabawił się na niego alergii, bo penis mu natychmiast wymiękał i było po zabawie. Wtedy kłócili się jeszcze głośniej, jej piskliwy głosik doprowadzał go do furii. Oczywiście siedział cicho, bo miał u niej jak u pana boga za piecem, ale z czasem zaczął się martwić, że dłużej tego nie wytrzyma.

Z resztą nie układało im się najlepiej, Daggi czepiała się o wszystko, kilka razy omal go nie wyrzuciła, więc starał się być posłuszny jak piesek, a kilka tygodni temu złożył w pracy prośbę o przeniesienie do innego miasta i otrzymał dwie propozycje. Jedna była szczególnie kusząca, większe lotnisko, więc szansa na ciekawsze zajęcie. Do tego proponowali pokój w hotelu na obrzeżu tego olbrzymiego kompleksu. Chciał jechać, zmienić środowisko i wreszcie spróbować normalnie ułożyć sobie życie.

Na początku miał ochotę powiedzieć Daggi co planuje, ale później zaczął kombinować jak ją skubnąć, przecież dzięki tatusiowi była obrzydliwie bogata. Zastanawiał się, czy poprosić o pożyczkę, czy samemu sobie wziąć trochę z sejfu, póki się jeszcze na tyle nie pożarli, aby zmieniła kod dostępu. Siedział w krzakach i zaczął planować napad. Kominiarka, urlop, jakaś ostra kosa, nastraszy ją, oszyje, ona nawet się nie domyśli, kto ją okradł, pewnie po czymś takim wyniesie się na jakiś czas do tatusuia, albo ten przyśle swoich ochroniarzy i będzie zadowolona, że Frank zniknie na jakiś czas do innego miasta…

 

***

Frank zaspał w ogrodzie, pierwszy raz spóźnił się do pracy. Kierownik strasznie pyskował – pewnie wyżył się za przeniesienie, a nie za kilka minut spóźnienia – pomyślał Frank i wcale nie zdziwił się, że wysłano go na cały na cały dzień do obsługi wózków.  Ze znudzeniem wkładał do wózka przeźroczyste woreczki, do których pakowano zarekwirowane pasażerom przedmioty. Strasznie dużo było picia i jedzenia, cały poranek wszędzie pachniało czosnkową kiełbasą. Nawet koralowce i torebki z wężowej skóry nią jechały.

Później było jeszcze gorzej, najpierw znaleźli żółwie pustynne, poobwijane izolacją i oczywiście Frankowi zlecili je oczyścić. Biedactwa były tak poobklejane, że nie mogły ruszać łapkami, wzbudzały litość, ale też cholernie smierdziały. Później okazało się, że na nocnej zmianie psy wywęszyły narkotyki nie tylko w walizkach! Kilku delikwentów zamknięto do ilolatek, bo prześwietlenia wykazały, że się nałykali. Środki na przeczyszczenie akurat zadziałały przed końcem Franka zmiany.

Musiał grzebać w tych specjalnych kiblach, wsadzić ręce w długie po łokcie gumowe rękawice, umocowane na dole do pudła gromadzącego odchody, oddzielić maleńkie paczuszki proszku od rzadkiego gówna, zmyć, przygotować jak należy dowody do dochodzenia. Miał dość, gdy jechał z ostatnim wózkiem windą na dół oddać „łup” do utylizacji. Nowy , który z nim pracował (szybko znaleźli zastępstwo, no nie?) zachowywał się dziwnie i ciągle zaglądał do wózka, taki był ciekawski, co koledzy złapali. Gdy jechali ostatnim korytarzykiem zepchnął wózek w bok, tam gdzie kamera nie omiata. Sprytny, co… – pomyślał Frank – jest kilka dni, a taki obeznany!

Zszokowany Frank z ciekawością przyglądał mu się, co robi – ilu naszych ci na to pozwoliło – pomyślał widząc jak upycha niektóre przedmioty do kieszeni i pod czapkę. – Nie zmuszaj mnie, abym cię sypnął. Skurwiel wie, że kierownikowi podpadłem i niedługo wyjeżdżam, a może to podpucha? Skurwiel… – przeklinał w myślach, gdy dostrzegł pistolet.

 

***

Frank spieszył się do domu, ostro dociskał gazu i pruł do przodu. Niby znał każdą dziurę na lotnisku, niby się udało go wynieść i zimna lufa, nadal ugniatała go w kieszeni, ale nerwowo spoglądał w lusterko – nikt nie jedzie za mną? …a jak to była podpucha? …a jak radiowóz stoi przed domem Daggi? – i tysiące innych pytań plątało mu się w mózgu. Podjechał pod dom, na podjeździe stała bryka Daggi i jakiś obcy samochód. – Kurwa jakiś tajniak?!

Frank zaparkował przed bramą i podszedł do drzwi, otworzył je cichutko i przez chwile nasłuchiwał. Cisza. Sprawdził salon i kuchnię, ale nikogo nie było, z resztą światło było włączone tylko na korytarzu. Prawie na palcach wchodził po schodach, do jego uszu dobiegały jakieś dziwne zgłuszone dźwięki – Z kim Daggi tak szepta?

Stanął pod drzwiami sypialni, głosy były coraz wyraźniejsze. Po woli zaczął się domyślać, co się dzieje, bez wahania otworzył drzwi i zobaczył to czego się spodziewał. Facet odwrócił głowę i wtedy Frank wrzasnął – ty zdziro, mówiłaś, że to tylko pozory dla tatusia! Jak długo się z nim puszczasz?

Frank bez chwili wahania wyjął z kieszeni rewolwer i wycelował w czoło sterydowego lalusia. Nacisnął cyngiel, usłyszał świst i z przerażeniem zobaczył jak twarz Daggi zalewa krew, a jej ciało bezwładnie obsuwa się na pościel. Strzelił ponownie i tym razem trafił w jej kochanka. Popędził do garderoby wyjął swoje pudło i torbę, do których sprzątaczka zawsze wrzucała jego osobiste rzeczy. Z betami w rękach pobiegł do sejfu, rzucił je na podłogę i wbił kod. Metalowe drzwiczki otworły się i Frank w pospiechu zaczął wpychać banknoty do torby.

Pojadę do pabu, zawsze tam jestem, gdy ona ma gości… będę chlać do upadłego… i tak nikt o mnie nie wie… nikt nie wie – powtarzał pod nosem i dopychał banknoty w torbie kolanem, gdy nagle coś uderzyło go z tyłu.  Olbrzymia męska łapa wbiła się mu do ramienia, a zaciśnięta pięść waliła gdzie popadnie. Wycelował spluwę, ale mężczyzna chwycił go w nadgarstku. Chwilę się szamotali nim pistolet wypalił!

 

pistolet

 

Udostępnij na:

Dodaj komentarz

Required fields are marked *.



*

POTWIERDŹ SWÓJ WIEK!

Na stronie czasem pojawiają się drastyczne treści, niecenzurowany język i wątki erotyczne przeznaczona jest wyłącznie dla osób dorosłych. Potwierdź, że masz ukończone 18 lat. .