panelarrow

Moje3po3

Blog: opowiadania, reportaże, proza życia

Brama-Floriaska-Kraków

Dary, czary i Cezary. – Rozdział 1.

| 0 comments

 

***

Andrzej leniwie wyciągnął nogi na łóżku. Przegryzł następny biały bezsmakowy kęs. Dopakował parę drobiazgów do torby, przecież jutro wyjeżdża do Krakowa. Babka wciąż kręciła się po kuchni, słyszał głośne szurane jej pantofli. Andrzej sięgnął po następny kęs i kolejne piwo, spojrzał na otwieracz do butelek, jedyną pamiątka z dalekiego kraju i zaśmiał się szyderczo.

Andrzej, jeszcze kilka miesięcy wcześniej Andrew, po kilku latach wrócił do kraju. Posiedział trochę w Krakowie u rodziców, ale oni podobnie jak jego znajomi podśmiechiwali się za jego plecami. Wytykali mu nie tylko, że się nie dorobił fortuny, ale nie udało mu się także utrzymać żony. Czasem miał do siebie pretensje, chociaż nie żałował, że ją ściągnął zagranicę, tylko, że załatwił jej pracę w fabryce, chyba po to, aby ją wepchnąć prosto w ramiona jego szefa. Nikt nie okazał mu ani odrobiny współczucia po stracie rodziny, za to wszyscy szydzili, że kopnęła go dla Araba w tyłek i wrócił do Polski goły jak w dniu, w którym z niej wyjechał.

Na początku Andrzej latał po mieście, intensywnie szukał pracy, odwiedzał kancelarie prawnicze, chciał zerwać umowę wynajmu i wrócić do swojego mieszkania. Długo łudził się, że wszystko się jakoś dobrze skończy. Żona wniosła o rozwód, lokatorzy i tak się nie wynieśli, a pieniądze przywiezione z emigracji się kończyły. Rodzice coraz bardziej truli mu dupę, znajomi nie utrzymywali kontaktu, więc wyjechał do babki na wieś. Jej przynajmniej nic nie przeszkadzało, nie pytała o pracę czy pieniądze tylko cieszyła się, że jest i jak niegdyś dziadka, tak teraz Andrzeja, co rano wołała go na śniadanie.

 

***

Andrzej włóczył się po lesie i pilnie rozglądał się po trawie, nogą rozgarniał pożółkłe liście. – Kurde tu muszą też rosnąć, przed laty były, tylko ja myślałem, że to trójoki… no nareszcie! Schylił się i delikatnie wyjął maleńki grzybek na cienkiej nóżce, później następny – Kurde tylko trzy! – i poszedł dalej w las z nadzieją, że znajdzie ich więcej na innej polanie.

Okazało się, że większość terenów leśnych była ogrodzona. Poprzeklinał pod nosem nowy polski porządek i zawiedziony wrócił do domu. Po drodze przy rowie znalazł jeszcze kilka okazów. Pogwizdując wszedł do kuchni i zaczął grzebać babce po szafkach, po chwili znalazł szybkowar i kilka pustych słoików. Spojrzał na babkę, ale ona nadal spała w bujanym hotelu. Andrzej zaniósł wszystko do pokoju dziadka, w którym mieszkał.

Poszedł do stodoły po żyto. Stodoła była pusta – Kurde zapomniałem, że babka po śmierci dziadka wszystko sprzedała lub puściła w dzierżawę… – Andrzej pojechał do wiejskiego sklepu. Sprzedawca pytał z głupim uśmiechem, a na co mu to żyto, czy żytniówkę będzie robił? Chętnie służył darmowymi radami o destylacji, ale Andrzej nie wchodził z nim w gadkę i szybko opuścił sklep.

Po powrocie Andrzej zmieszał żyto z wodą i wpakował do szybkowaru. Po chwili odpowiednio przygotowany substrat nałożył do wysterylizowanych słoików. Po ostudzeniu powrzucał po kawałku żywej tkanki z owocnikami grzyba i zamknął wszystko w wielkim, plastikowym, przeźroczystym pudle i wepchnął pod łóżko. Położył się na kocu i zatarł radośnie ręce. Zarodniki wykiełkują i stworzą białą plechę, byle udało się utworzyć grzybnię wtórną, a za 8 tygodni będzie miał całą masę cubensisów.

– Żyto jest dobre, łatwo da się rozdzielić, obym tylko nie zapomniał potrząsać słoikami, co kilka dni. Przesypie wszystko na tacki i zaszczepię nowe słoiki. Mam dwa, jak dobrze wszystko dobrze pójdzie będę miał ok 18-20. Izolacja szczepu i w Kraku rozkręci się biznesik – mruczał pod nosem Andrzej.

 

***

Z czasem Andrzej kupił stary samochód. Sprzedaż grzybków halucynogennych rozwijała się wyśmienicie, miał już stałych klientów w nocnych klubach Krakowa i zaczął odbierać zlecenia na telefon. Pieniędzy i nowych chętnych na psychodelik było coraz więcej. Zabawa robiła się coraz bardziej niebezpieczna, a Andrzej miał już do czynienia z tym środowiskiem, jeszcze przed ślubem i teraz kombinował dalsze posunięcia w tej grze.

Babka dalej kręciła się po kuchni, Andrzej leżał na łóżku, przegryzając kolejny biały kęs i wodził wzrokiem po pokoju, zastanawiając się, gdzie upchnąć hodowlę niemieszczącą się już pod łóżkiem. Jego wzrok zatrzymał się na antycznym sekretarzyku dziadka. – Odsunę go od ściany, może pozbędę się tego dziada i pokój będzie większy… – wstał i mocno przyparł się do mebla, ale ten nawet nie drgnął. – Kurde – krzyknął Andrzej i ze złością kopnął w dolną szufladę dziadkowego biurka.

Stare bukowe drewno zaskrzypiało, szuflada wysunęła się całkiem i upadła na dywan. Papiery i pieniądze wyleciały na podłogę. Andrzej schylił się, aby pozbierać bałagan, nim Babka wpadnie i zainteresuje się forsą. Wtedy zauważył mocno wyszczerbiony róg, jakby ubicie od upadku, ale na podłodze nie było ani kawałka drewna.

Miał poszukać pod papierami, ale zamiast tego przyglądał się szufladzie przez dłuższą chwilę. Gdy tak patrzył na nią z boku wydawała się dużo głębsza niż była w rzeczywistości. Andrzej podniósł szufladę i podszedł w stronę lampy, w mocnym strumieniu światła ubity róg wyglądał zupełnie inaczej.  – Kurde , po hu… ktoś rzeźbiłby znak na wewnętrznym rogu szuflady?! – Andrzej przejechał palcem po wyżłobieniu i z szuflady prawie odpadło dno – O kurde, podwójne dno – krzyknął patrząc na dolne dno wiszące na jednym boku.

Andrzej szybko wyciągał pozostałe szuflady z sekretarzyka, wszystkie miały taką samą konstrukcję dna. Były puste, ale z ostatniej szuflady wyleciały na podłogę rysunki i staroświecka, lekko pośniedziała moneta. Szybko schował monetę do kieszeni. W przelocie przyjrzał się szkicom i wepchnął je z powrotem pod sekretne dno. Swoje pieniądze powpychał do nowoodkrytych skrytek, z zadowoleniem usiadł na łóżku i sięgnął po następny kęs.

 

Wszystkie odcinki noweli – Dary, czary i Cezary.

 

Udostępnij na:

Dodaj komentarz

Required fields are marked *.



*