panelarrow

Moje3po3

Blog: opowiadania, reportaże, proza życia

birmingham_uk_kanały

Dzieci pozbawione rodziców. – część II (ostatnia)

| 0 comments

 

 

 

Dzieci pozbawione rodziców – część I

 

W UK stosunkowo łatwo zostać opiekunem/rodzicem zastępczym. Sporo jest chętnych, pewnie dlatego, że państwo dobrze płaci za zajmowanie się dziećmi.  Niektórzy nawet uważają, ze są to grube pieniądze i traktują to jako zawód. Podstawowe pieniążki to od 400-600 funtów na miesiąc w zależności od wieku dziecka (tzw. LA Fostering Allowance), które zostaje przekazane pod opieką. Do tego dochodzą przysługujące zasiłki, wiec średnio wypada 400, ale na tydzień, a nie na miesiąć, czyli wychodzi całkiem niezła pensja dla bezrobotnego.

Wygląda na to, że przyszli opiekunowie nie są zbyt dokładnie sprawdzani przed przekazaniem dziecka pod opiekę. Właściwie każdy, kto nie był karany i ma ochotę podjąć się tego zajęcia ma szansę stać się zastępczym rodzicem. Ogłoszeń jest sporo w gazetach i na Internecie, a dookoła miasta pełno plakatów na bilbordach.

Pracując jako kurator czasem zastanawiałam się, czy któremuś dziecku nie było łatwiej żyć w rodzinnym domu, niż w zastępczym. Problemy z opiekunami nie pojawiały się jakoś nagminnie, więc wbrew logice jakoś ten system działa poprawnie w praktyce, ale mieliśmy przypadki gdy dziecko trafiało do domu pijaków, narkomanów, było bite czy coś w tym stylu, a czasem nawet wykorzystywane seksualnie.

Pewne przypadki, aż wołały o pomstę z nieba, w rodzinnym domu nie było generalnie problemu, ale dzieciaki zostały odebrane i trafiły pod opiekę obcych. Najczęściej zgłoszenia siniaków lub ze szpitala powodowały wkroczenie opieki socjalnej. Tutaj nikt nie uwierzy, że rodzice nie stosują przemocy, a dziecko spadło z roweru, czy z murku w trakcie zabawy. To może zdarzyć się raz, albo dwa, ale więcej nie, bo zaczynają się kłopoty.

Nie wiem dlaczego, ale kilka razy byłam przekonana, że rodzice byli zupełnie niewinni, a nadpobudliwe dziecko lub „niezdara” trafiały do rodzin zastępczych. Pamiętam matkę, która zbierała od lat kartki informacyjne ze szkoły o wypadkach jej córki. (W UK np. gdy dziecko się przewróci, albo zostanie uderzone piłką na boisku i zaliczy inne wypadki w szkole, rodzice dostają pisemny raport zdarzenia.)

Ta kobieta miała stos takich kart informacyjnych, chyba z 3 lat i nikt nie chciał jej uwierzyć, że skoro dziewczynka ma przygody w szkole, to mogą się one też zdarzać poza szkołą. Pewnie zadrapania i siniaki były również przyniesione ze szkoły. Opieka społeczna przekazała dziecko innej rodzinie, a sąd dochodził, kto dziewczynkę bił matka czy ojciec? Przy okazji zabrali również jej młodszego brata, na wszelki wypadek, do tego umieścili go w innej rodzinie.

Im więcej kobieta wojowała o dzieci, tym miała z nimi bardziej utrudniony kontakt. Próbowała znaleźć pomoc prawną poprzez różne fundacje charytatywne i mimo ich czynnego wkładu w sprawę nic nie mogła zrobić. Widziałam ją roztrzęsioną i płaczącą po spotkaniu, kilkakrotnie stała jeszcze długo na chodniku patrząc w kierunku, w którym pojechał samochód z jej dziećmi. Nawet nie wiedziała gdzie jadą i kiedy ich znów będzie mogła zobaczyć.

Ciężka sprawa, ani rodzice, ani pracownicy państwowi nie mogą nic udowodnić, a sąd na wszelki wypadek zarządza odebranie dziecka. Dziewczynka i tak miała wiecznie posiniaczone nogi i poobdzierane łokcie. Nadal wspinała się po drabinkach i drzewach w parku, czasem przychodząc na spotkania z gipsem. Nikt nic nie mógł zrobić w ich sprawie, a spotkania z prawdziwymi rodzicami z cotygodniowych 2 godzin zostały zredukowane do 1 godziny raz na 6 tygodni!

Osobiście najbardziej nie lubiłam, gdy policja dzwoniła po nas i trzeba było zabrać dzieciaka z domu. Zawsze był cyrk, rodzice chcieli nas bić, a najmłodsze dzieciaki darły się w niebogłosy. Narkomani i pijacy nieraz nawet nie zajarzyli co się dzieje i nie byli świadomi, że prawdopodobnie nie zobaczą swoich dzieci. Byli agresywni to z kolana policjanci kładli ich na ziemię, a jak nie przytomni to ładowali ich do karetki. Ich dzieci najczęściej były zestresowane i przerażone, albo zupełnie zobojętniałe jak jakieś roboty.

Najgorzej było jechać po dzieci bezdomnych, ukrywających się w jakiejś ruderze do rozbiórki, albo eksmitowanych przymusowo na ulicę. Rozpacz rodziców i ich poniżenie było dobijające. Tracili wszystko, a przede wszystkim rodzinę. Ich rzeczy np. meble, książki, garczki były przewożone do specjalnych składów i zamykane na czas rozpatrzenia sprawy. Większość z nich trafiała na licytację komorniczą.

Jako bezdomni dostawali listę kościołów, fundacji i państwowych placówek, organizujących noclegi i jedzenie. Otrzymywali nazwisko osoby kontaktowej, która może im udzielić informacji o dzieciach lub pomóc zorganizować spotkanie. Dzieci zabierane w takich sytuacjach prawie zawsze reagowały nerwowo i zadawały za dużo pytań – trudno się dziwić.

Czasem spotykało się te dzieciaki ponownie, gdy trzeba było je zawieść do nowej rodziny zastępczej. Takie tu obowiązuje prawo, że opieka interwencyjna trwa do 6 tygodni. Jak nie znaleziono im nowego, stałego domu zastępczego, albo sprawa nie była zakończona to były przekazywane do kolejnej rodziny. Tak się poniewierały od domu do domu, zmieniając kilkakrotnie szkołę i środowisko, trafiając czasem do innej dzielnicy lub miasta.

Oczywiście są różne rodziny zastępcze, niektóre podejmują się opieki interwencyjnej i przyjmują kilkoro dzieci na raz, a inne podpisują z państwem kontrakty na rok czy dwa, próbując przedłużyć aż do dorosłości dziecka. Różnie bywa, nie znam dokładnych szczegółów, bo nigdy nie byłam zainteresowana. Chyba zawsze się obawiałam, że gdy pokocham dzieciaka to mi go „zabiorą”.

Generalnie to była trudna praca, nawet po kilku miesiącach nie przywykłam do płaczu ani dzieci, ani do rozpaczy dorosłych. Niektóre matki wręcz panikowały, albo rzucały się na nas z pazurami. Przykre też były sytuacje, gdy samotny opiekun (rodzic, czy babcia, dziadek) musiał oddać dziecko, bo szedł na operację, a nie miał kto się dzieckiem zająć.  Zawsze mnie dziwiło, jak mało dzieci wraca później do swojej rodziny, czas rehabilitacji i ogólna kondycja opiekuna decyduje o ich dalszym losie.

Mieliśmy tez kilka przypadków, gdy odbieraliśmy dzieciaka z placówek oświatowych, a rodziców czekała nieprzyjemna niespodzianka, gdy pojawił się po dziecko w szkole czy przedszkolu.  Zdarzało się zabierać dzieci nawet z ulicy, policja dość często zatrzymuje nieletnich bez opieki. Strach tutaj wysłać dzieciaka do sklepu na rogu ulicy, bo gdy złapią, że idzie sam to, albo odprowadzą do domu, albo skierują pod opiekę państwa. Mimo to bardzo dużo dzieci, szczególnie „kolorowych” bawi się na chodniku, bez opieki dorosłych. Tylko jak zainteresuje się przejeżdżający patrol, albo sąsiedzi czy przechodzień zadzwoni z donosem, to jest płacz i zgrzytanie zębów!

Ludzie bywają agresywni, zarówno podczas interwencji w terenie, jak i podczas wyznaczonych spotkań. Zdarzali się rodzice, którzy obrażali wszystkich wokół, ubliżali i straszyli, że nas będą śledzić i dorwą w ślepym zaułku. Sporo ludzi narzekało na brak prywatności i pytało jak możemy wykonywać taką pracę. Wcale się im nie dziwię, nie zawsze wolno było z dzieckiem wychodzić z pokoju, nie wolno było szeptać, każde ich słowo było zapisywane, nie mogli rozmawiać przez telefon, ani robić zdjęć.

Głównym powodem była procedura nadzoru i utrudnienie ewentualnych planów „odbicia” dzieciaka. Mimo to próbowali łamać nakazy, szyfrować wiadomości, zastraszać kuratorów i obstawę, czy pracowników na terenie ośrodka. Zdarzało się, że przez takie zachowanie przerywano spotkanie.

Niektórzy wypytywali dzieciaka o miejsce pobytu, gdy ten zdążył zdradzić jakieś szczegóły, że dziecko było przenoszone do innej rodziny. Nawet wielokrotnie „przerzucane” z miejsca na miejsce, aby zatrzeć ślady. Rodzice najczęściej tracili prawo do spotkań po takim incydencie.

Naprawdę bywało różnie, mimo naszej obecności krzyczeli na dzieci, czy nawet podnieśli rękę i uderzyli w twarz. Niektórzy przychodzili pijani i naćpani i dziecko tylko zobaczyło ich, najczęściej z daleka przez szklane drzwi, albo przez szybę w samochodzie, a samo spotkanie zostawało natychmiast odwołane.

Wtedy najczęściej trzeba było samemu zająć się dzieckiem i czekać na odebranie go przez rodzinę zastępczą lub innego pracownika agencji. Podobnie, gdy rodzic na spotkaniu nie wykazywał chęci do rozmowy i opieki nad dzieckiem np. siedział w fotelu i z olewającą miną bębnił nerwowo palcami w poręcz. Gdy dziecko się do niego zbliżało z zabawką w ręce i proponowało zabawę, to je ignorował, a czasem nawet krzykiem odganiał od siebie.

Oczywiście próbowaliśmy pomóc, zachęcić lub coś zrobić wspólnie, ale większość z nich miała to w poważaniu i nie wykazywali żadnych chęci na wspólne spędzanie czasu z własnym dzieckiem. W zależności od ich zachowania, a przede wszystkim zaangażowania, spotkanie było kontynuowane albo przerywane.

Opieka z reguły spadała na nas. Gdy był to duży ośrodek, to czasem można było zostawić dziecko na centralnej sali zabaw. Nie zdarzało się to często, nie zawsze była odpowiednia ilość opiekunek, a zresztą jak miało się obowiązek odwiezienia dziecka w obie strony, to nie było wykonalne, ale przynajmniej można było wziąć kilka minut przerwy.

Największe wrażenie zrobiła na mnie sprawa Rogera. Jego dziewczyna zerwała z nim będąc w 7 miesiącu ciąży. Oświadczyła, ze nie chce dziecka i odda je do adopcji. Roger prosił ją i walczył o dzieciaka od początku.  Dotarł do szpitala chyba w tym samym dniu, co urodziła się córka. Matka porzuciła dziewczynkę zgodnie z obietnicą.  W szpitalu nie pokazali mu córki i oficjalnie nie mógł uzyskać żadnych informacji na jej temat.

Po kilku miesiącach zmagań prawników i pomocy pracownika jednej z lokalnych gazet jakoś facet udowodnił ojcostwo. Dziewczynka przebywała już w rodzinie zastępczej i toczyła się w sądzie sprawa adopcyjna. Sąd podjął decyzję na korzyść starszego bezdzietnego małżeństwa. Roger jedynie co otrzymał to prawo widzenia córki raz w tygodniu.

Smutna historia, nowi rodzice robili wszystko, aby ograniczyć go na każdym kroku. Złożyli protest na drobne prezenty, zdjęcia, kontakt z rodzicami Rogera. Przychodził z zabawkami na spotkanie i musiał je zabierać z powrotem nie mógł kupić małej nawet chrupek czy owoców. Ciągle wojował o prawo do robienia fotografii i raz na kilka miesięcy otrzymywał zezwolenie na wykonanie kilku zdjęć telefonem komórkowym. Dziadkowie pierwszy raz zobaczyli wnuczkę, gdy ta prawie kończyła 2 lata.

Często nadzorowałam jego spotkania, bardzo pogodny młody człowiek, robił wrażenie dobrego ojca. Zajmował się małą, nie tylko bawił się z nią i przewijał, dużo jej opowiadał. Sadzał córkę na kolanach przeglądał album, opowiadał o osobach na zdjęciach, najczęściej o sobie i swoich rodzicach. Roger pracował w firmie meblarskiej, która projektowała i wykonywała szafy wbudowane na zamówienie. Mieszkał w dwupiętrowym domu z rodzicami. Jego matka sprzątała w dość znanym biurowcu, a ojciec pracował w dużej piekarni. Mam nadzieję, że Roger jakoś ułożył sobie życie.

 

 

Udostępnij na:

Dodaj komentarz

Required fields are marked *.



*