panelarrow

Moje3po3

Blog: opowiadania, reportaże, proza życia

niezadowolenie

I tak się obraziłam i omijam ich szerokim łukiem.

| 0 comments

 

Odpowiedź na pytanie czytelnika, co ja na tą całą aferę z zakazem używania języka polskiego. 

 

Gafa sieci sklepów LIDL

Wcale mnie to zbytnio nie ruszyło, że przeprosili i wysłali list do ambasadora polskiego w Londynie. Czasem tak bywa, że przeprosiny przyjęte, ale przyjaźń się skończyła i człowiek się nadal trzyma daleko, od kogoś kto mu na odcisk wdepnął. Mowa oczywiście o przeprosinach Lidla, który zakazał używać polskiego języka. Teraz się wykręca i tłumaczy, że tylko poinstruował swoich pracowników, aby zawsze używali języka angielskiego. Owszem zakazał mówić w ojczystych językach wszystkim nie tylko Polakom, innym narodom też zabroniono rozmawiać po swojemu, w ramach „English only rule”.

Nie mam pretensji, że pracownicy muszą po angielsku „spikać”, w końcu jesteśmy w Anglii, w ich kraju, jak chcesz tu pracować to powinieneś znać język. Poza tym denerwują mnie jak jakieś mniejszości narodowe rozmawiają w swoim języku, a ja nie wiem, o co chodzi i nikomu nie chce się przetłumaczyć. Oczywiście nie zakładam, że od razu mówią o mnie źle, tylko to nie ułatwia pracy w zespole. Z reguły tworzą się grupki i grupeczki, a nikt nie przepada za towarzystwami wzajemnej adoracji.

Mam pretensję natomiast o rozmowy w czasie przerwy i z klientami. Znajomość języka klienta zawsze była przewagą pracownika, jakoś trzeba nawiązać kontakt, a u niektórych rodaków poziom angielskiego nie pozwala na swobodną konwersację. To raczej zachęca nie mówiących po angielsku i pomaga w razie problemów. W urzędach nakazują wręcz mówić po polsku, policjanci uczą się języka polskiego nagminnie, a tu nagle się okazuje, że Lidl chce z roboty wywalać, za użycie ojczystej mowy.

 

Reakcja społeczna na zakaz mówienia w ojczystym języku

Zbuntowali się polscy emigranci, narobili wojny, przykleili etykietkę dyskryminacji mniejszości i zrobiło się gorąco. Nie tylko Polacy się burzyli, Walijczycy też nie zrozumieli, dlaczego nie mogą mówić po walijsku. Welsh language Commissioner ma ręce pełne roboty, bo Walijczycy jak Polacy złożyli petycję i oficjalne zażalenie.

Walijczycy szybciutko sobie poradzili z problemem, chociaż pewnie niesmak po aferze pozostał. Lidl rozgłasza wszem i wobec, że język walijski nigdy nie będzie zbanowany i pracownicy mogą mówić w nim, kiedy chcą i do kogo chcą. Polacy nadal muszą używać angielskiego, dopóki klient nie zacznie sam rozmowy po polsku. Nie jestem zdziwiona, bo język walijski ma oficjalny status w Walii, a więc przepisy prawa chronią wolność obywateli do korzystania z tego języka.

Lidl tłumaczy się, pewnie w ciągu niecałych dwóch tygodni, odczuł, że nie wyszedł dobrze na tej polityce „English only rule”. Ludzie się poobrażali i nie kupują u nich tak chętnie. Walijczycy oburzyli się, że nielegalnie powstrzymuje się ich od używania mowy ojczystej, Polacy i inne mniejszości o dyskryminację i wskazywali paluchami, gdzie się są równi i równiejsi – np. w którym markecie Lidla mówi po niemiecku czy „w arabskim dialekcie”.

Dochody im spadły? Oskarżenia o dyskryminację się nie spodobało? Mają nie mały orzech do zgryzienia, bo mimo, że afera wybuchła w Szkocji, gdzie najbardziej liczebną mniejszością są Polacy, to rozniosła się echem wszędzie. Raczej dużo nie pomoże wysłane przez Gottschlich’a do polskiej ambasady w Londynie “I would like to apologise for any confusion caused and would like to reassure you that we very much value and respect out Polish customers, and hope that any misunderstandings are now corrected,” („Chciałbym przeprosić za wszelkie niedogodności i chciałbym zapewnić o wartości i szacunku do polskich klientów, i mam nadzieję, że wszelkie nieporozumienia są teraz wyprostowane”).

 

Po przeprosinach LIDl-a

Od 2 tygodni nie chodzę do Lidla, omijam ich szerokim łukiem i jest mi dobrze. Nie byłam szczególnym fanem ich sklepu, jak dla mnie to za mały asortyment, wolę sklepy specjalistyczne, albo wielkie markety typu Tesco, ale miałam słabość do pieczonych na miejscu bułeczek. Smak, zapach, tyle do wyboru i frajda jak patrzysz, gdy pracownik ściąga z tacy jeszcze gorące pieczywo. Oczywiście wypad po bułki, a przy okazji człowiek sprawdza, co na innych półkach i wychodzi z siatkami.

Na początku mi trochę tego brakowało, a może drażniło, że muszę gdzieś dalej po bułeczki zapychać. Chyba za bardzo przyzwyczajam się do miejsc i do marek, raczej jestem lojalnym klientem dopóki mi ktoś po piętach nie depcze. Tym razem się obraziłam, zbytnio mnie nie obchodzi, czy to nieporozumienie, czy coś więcej, wykasowałam ich z moich źródeł zaopatrzeniowych i już.

Wcale nie było mi ciężko, bo często wpadałam tam, aby z sobie odmienić i wreszcie nie mówić już po angielsku, w mojej okolicy polskie sklepy najczęściej nie są prowadzone przez Polaków (mój ulubiony wykupili Hindusi, a drugi to tak naprawdę tylko 3 polskie alejki u Turka)  już nie miałam motywacji, aby tam chodzić, skoro nie można z kasjerka zagadnąć w ojczystym języku.

Teraz Lidl zapewnia, że już można po polsku pogadać, ale jest inny problem – rzadko, ale bywam obrażalska, a między czasie posmakowały mi u kogoś innego bułeczki, a po polsku pogadam sobie w banku, albo częsciej będe odwiedzać znajomych emigrantów. Najbardziej zaskoczona w tym wszystkim jestem, że Polaków to bardzo ruszyło i nie tylko ja omijam tą sieć szerokim łukiem. Dawno nie widziałam takiej solidarności i warto ją było zobaczyć.

Jak długo zajmie LIDl-owi odzyskanie swoich klientów, czy wszyscy wrócą? To zależy jak ludzie zaareagowali na incydent, wyjaśnienia i przeprosiny, a także długo będą mieli to w pamięci.

 

Udostępnij na:

Dodaj komentarz

Required fields are marked *.



*