panelarrow

Moje3po3

Blog: opowiadania, reportaże, proza życia

puszki_z_żywnością

Parszywy towar

| 2 Comments

 

 

Kuchenny przestępca.

Kupowanie puszkowego jedzenia to prawdopodobnie jedno z największych kuchennych przestępstw. Najczęściej taka żywność nie ma dobrej wartości odżywczej, przepełniona jest chemią do poprawy smaku i przez konieczność zakonserwowania na długie lata przetrwania, przeładowana cukrem itd. i właściwie nie ma gwarancji, co tam poupychali.

Generalnie nie kupuje jedzenia w puszkach, ale przyznaje się grzeszę okrutnie, bo mam kilka ulubionych puszkowych półproduktów, które od lat goszczą w mojej podręcznej spiżarce. Możemy się spierać, że to niezdrowe, ale wygodne i ekonomiczne rozwiązanie, szczególnie, gdy brak czasu na gotowanie, albo gdy kupujesz coś poza sezonem.

Zdaje sobie sprawę z głównych minusów żywności konserwowanej jak np. wysoka zawartość sodu. Oszukuje się, co jakiś czas w stylu wystarczy opłukać i osuszyć swoje warzywa w puszkach np. fasolę, aby zmniejszyć zawartość sodu o około 40%! Inne triki też stosuję, aby sumienie mniej bolało!

Prawda jest taka: czytam etykiety, staram się wybrać coś o jak niższej zawartości szkodliwych składników i kupuje, rozgrzeszając się w drodze do kasy np. tuńczyk to wapń i witamina D zamiast powiedzieć duże ryzyko zawartości metali ciężkich. Podobnie zawsze znajdę sobie coś, aby usprawiedliwić się z sosami czy pomidorami i staram się nie przejmować, że jestem kuchennym przestępcom.

 

Nawet ogon szczura i larwy mnie nie odstraszyły.

Ile to razy widziałam zdjęcia w gazecie jakiś insektów, kawałka myszy, czy larw pląsających po warzywkach? Nie wiem, ale często pojawia się sensacyjka, co utkwiło lub nawet pełzało miedzy kawałkami jedzenia w puszce. Nie wiem dlaczego nie robiło to na mnie wrażenia, ale domyślam się  o co poszło.

Pierwsze to lubię nadrobić puszką jak nie chce mi się wychodzić z domu i w żołądku głód ściska, nie będę sobie obrzydzać i zmieniać obyczajów, bo ktoś miał pecha i trafił na niespodziankę pod pokrywką. Ja nigdy wpadki nie zaliczyłam, to musiał być odosobniony przypadek, więc zgrywałam chojraka, że mi się to nie przydarzy.

Po drugie zawsze miałam podejrzenia, że to nie do końca tak jak piszą w gazetach. Wydawało mi się, że po prostu za często się to pojawia i pewnie niektórzy ludzie rzeczywiście doświadczyli horroru z jedzeniem z oczami, czy kołtunem włosów, ale nie wszyscy. Przecież nikt z reporterów nie był przy otwieraniu puszki, ktoś mógł chcieć zobaczyć swoje zdjęcie w gazecie, albo konkurencja mogła kupić taką awanturę, wrzucić robala, zapłacić komuś za wystąpienie w mediach i skandal gotowy.

 

Co mi sprzedali w puszkach?

W jednym z czołowych angielskich marketów zwyczajowo zaopatrywałam się w tzw. biały sos z kawałkami kurczaka. Tani i smaczny produkt z tzw. ekonomicznej linii, bynajmniej nie chodziło o cenę, chociaż przyznaję, że 1 funt robi wrażenie i zachęca do zakupu. Cóż, zbytnio nie robią na mnie wrażenia ładne opakowania, raczej smak i skład ma największy wpływ na decyzję zakupu. Po prostu patrząc na etykietę ten sos miał w sobie mniej świństwa, tzn. niższą zawartość pewnych składników niż markowe produkty. Nie wierzysz, szkoda, bo to się bardzo często zdarza (na dole w aneksie kilka przykładów)

Co się stało? Przez lata kupowałam ten sos, więc nie miałam oporu, aby wziąć kolejne 10 puszek na uzupełnienie domowego zapasu. Otworzyłam i dech mi zaparło, taki był smród, konsystencja zsiadłego mleka i brunatne tłuste plamy pulsujące jak mały gejzer. Wpakowałam w reklamówkę, szczelnie zawiązałam i buch do kosza.

Oczywiście jedzenia mi się ode chciało, ale nieprzyjemne wrażenie, aby nie pozostało w pamięci, trzeba szybko zlikwidować! Panika w oczach, to mój ulubiony sos, nie mogę się do niego zrazić! Najlepiej szybko otworzyć następną puszkę i poczuć prawdziwy zapach i zapomnieć o smrodzie, jak nawet nie uda mi się go dziś przełknąć to piesek się ucieszy, a ja nie będę się obawiała kupić puszki sosu!

Otwieram do połowy, podnoszę wieko… Skąd u mnie ta rezerwa i zwolnione ruchy ręką? O kurna, to mazidło kipi i wylewa się bokami! Alarm reklamówki, puszka, ścierka, kosz… Ok, akcja zakończona, myje ręce, ale mnie rwie w gardle! Bul, bul, bul w dole żołądka, chwytam się umywalki i pochylam głowę… Ups upaprałam wszystko dookoła…

Kilka dni później zgrywam gieroja, wciąż nie mogąc uwierzyć, że cała partia jest trefna, a może usiłuję sobie wmówić, że nie boje się chodzącego sosu? Ogród, folia, gumowe rękawiczki, otwieracz i podejrzana puszka. Do 3 razy sztuka, może powinnam zaprosić dziennikarzy? Lepiej nie, bo jak znowu będę haftować? Jak coś to mam na półce kilka puszek do wysłania!

 

Akt przebaczenia, czy słodka zemsta?

To się jeszcze okaże! Poszukiwania paragonu spełzły na niczym, ale tak jest zawsze, jak coś potrzeba to nie idzie tego znaleźć. Zaraz przecież to produkt pod którym linia marketów się podpisuje i daje gwarancję satysfakcji. Weszłam na stronę internetową i napisałam list z wyrazami oburzenia, żądaniem zwrotu pieniędzy i siarczystym komentarzem, co w tych puszkach siedzi. Oczekuję odpowiedzi i ciekawa jestem jak zareagują.

Na razie jestem pokojowo nastawiona, przecież oni tego nie wyprodukowali, komuś innemu powierzyli robotę, mieli na tyle zaufania, aby podpisać się pod produktem. Cóż w biznesie tak bywa, że czasem coś się nie uda, oby tylko z pełną odpowiedzialnością podejść do problemu i nie wykręcać się. W końcu „najbardziej niezadowoleni klienci są najlepszym źródłem do nauki.” (Bill Gates).

Jak zachowają się na poziomie to szybko im przebaczę, chociaż na sosik nie spojrzę pewnie bardzo długo, ale nie zrezygnuje z kupowania ich innych produktów, czy pozostałych towarów w ich supermarkecie. Jedna wpadka po latach nie jest warta obrażania się na dostawcę, kłapania pysiurem i robienia publicznego skandalu.

Natomiast muszę się uczciwie przyznać, że jak będą cyrkować, to może wyślę kilka puszek do gazety czy jakiegoś punktu kontroli żywności. Mściwa nie jestem, swojego zdjęcia z cuchnącą puszką nie chce zobaczyć w gazecie, chcę tylko sprawdzić, czy załatwiają takie sprawy na odpowiednim poziomie. Natomiast nie ukrywam, że jak się nie postarają to zobaczą jakim „źródłem nauki” są niektórzy klienci, a Wy może zobaczycie zdjęcia, albo filmik z kolejnego podejścia do otwarcia puszki.

 

ANEKS:

Porównanie składników żywności firmowych

Np. baked beans (fasolka w pomidorach) obecnie liderem jest firma Heinz, porównajmy skład z tanią wersją w etykietach firmowych ekonomicznej linii Marks and Spencer tzw. biały M&S
Heinz w 100g: 79 cals, trace sat fat, 0.6g salt, 5g sugars
M&S w 100g: 85 cals, 0g sat fat, 0.65g salt, 3.7g sugars

Keczup, liderem jest również Heinz, porównajmy go z kolorową Asdą
W 100g: 103 cals, trace of sat fat, 2.2g salt, 23.7g sugars
W 100g: 102 cals, trace of sat fat, 1.1g salt, 19g sugar

Bran flakes (płatki otrębowe) liderem jest Kellogg’s dla porównania firmówka Lidla
W 100g: 356 cals, 0.5g sat fat, 1g salt, 22g sugar
W 100g: 357 cals, 0.4g sat fat, 0.6g salt, 18.3g sugar

Wholemeal brad (chleb pełnoziarnisty), liderem jest: Warburtons  porównajmy do Asdy
W 100g: 231 cals, 0.7g sat fat, 1.08g salt, 3.8g sugar
W 100g: 234 cals, 0.4g sat fat, 0.7g salt, 3.6g sugar

Udostępnij na:

2 Comments

  1. O rany, właśnie dlatego nie kupuje żarcia w puszkach. Sprawdziłaś datę przydatności tej padliny?

Dodaj komentarz

Required fields are marked *.



*