panelarrow

Moje3po3

Blog: opowiadania, reportaże, proza życia

narzędzia_1

Pieprzyć taką robotę! – część I.

| 0 comments

 

 

Grzegorz pracował tam już od kilku lat, gdy zaczynał wszystko wyglądało super. Ludzie generalnie byli mili, robota ciężka, ale interesująca i dobrze płatna.  Nic, co dobre nie trwa wiecznie, ale to co teraz się działo przeszło wszystko co widział do tej pory, z tygodnia na tydzień mierziło go to coraz bardziej. Szefowie, którzy go przyjmowali,  już obaj odeszli na emeryturę, jego brygadzista awansował i jego miejsce zajął ten dupek.

Grzegorz od początku jak tylko tego brygadzistę zobaczył, wiedział, że nic dobrego z tego nie będzie. Facet nie miał pojęcia o robocie, ludzi nie szanował, a szpanerstwo wychodziło mu uszami. Zastraszył pół zespołu ciągłymi naganami i  krzykami, szybko wepchnął połowę swojej roboty naiwnym. Pozostali, którzy nie dali się zahipnotyzować olewali, ale coś tam robili na odwal, aby nikt się nie przyczepił dopóki nowej posady nie znajdą.

Panu brygadziście wszystko było na rękę, wydawało mu się, że się dobrze ustawił. Przeciwnicy sami nawiali, zostało kilku nielicznych opornych, w większości emerytów, którzy przecież podskakiwać nie będą za wysoko. Pan brygadzista grzał posadkę za biurkiem, na Ebay’u płytami handlował, albo sobie gołe babki na ekranie podglądał i obrastał w piórka.

Zazwyczaj na miejsce roboty wysyłał pracowników, ci za niego rozeznanie w terenie robili, przepytywał  jakie rozwiązania proponują i jaki czas przewidują, wymagał coraz więcej, nawet zamawianie towaru zlecał zwykłym robotnikom. Doszło do tego, że pan brygadzista tylko robotę rozdzielał i uśmiechał się butnie pod nosem. Panoszył się jakby pana boga za nogi złapał, nawet nie zauważył, ze pracownicy w gumę z nim lecą.

Ludzie wcale go nie lubili, no może poza kilku zdesperowanymi czy lizusami. Generalnie ci, co z jakiś powodów nie mogli odejść, szybko świetlnie nauczyli się grać rolę, którą im narzucił. Zamiast się buntować, przytakiwali robiąc go w buca. To coś kiepsko pomierzyli w terenie, to zamówili najdroższe części, to informowali, że tak skomplikowanej roboty nie da się oszacować. W sumie wcale nie musieli się starać, aby brak wiedzy i lenistwo samo robiło swoje.

Pan brygadzista zbyt często musiał zarządzać w ciemno, ale dupy nadal nie chciało mu się ruszyć. Wymyślił nowy sposób zarządzania, wylał tych, co mu na drodze stali, a właściwie tych, którzy nie chcieli porządnie robić jego roboty sam sprowokował, aby siebie sami wylali. Na przyjmował nowych i dalej z zadowoleniem pierdział w stołek.

Nowi słuchali jak w zegarku, stara gwardia wykruszała się i traciła na sile. Cały proces pięknie i modnie nazwali reorganizacją, przy okazji zmienili system płac, rzekomo, aby dostosować się do potrzeby przetrwania recesji na rynku. Pensje zeszczuplały, ale premia brygadzisty wzrosła. Następni niezadowoleni dobrowolnie opuścili szeregi firmy.

Sielanka by trwała dalej, gdyby nie fakt, że robota nie była wykonana na czas, durne planowanie i niedoświadczona kadra robiła swoje. Zleceniodawcy przeskakiwali do konkurencji, albo gnębili karami i odsetkami za nieterminowo wykonaną robotę. Pan brygadzista zawsze znalazł kozła ofiarnego i mimo zmiany kolejnego dyrektora, trzymał się swojego stołka, jakby ktoś mu go klejem do dupy przykleił.

 

***

Grzegorz miał coraz bardziej przerąbane, był jednym z nielicznych pracowników, którzy przetrwali całą tą zawieruchę. Zarabiał mniej, ale lubił swoją prace w terenie i był szanowany wśród wieloletnich zleceniodawców. Oni coraz częściej upominali się, aby  firma przysłała jego do awarii, bo co przyjeżdżał ktoś nowy to sobie nie radził z komercyjnymi instalacjami i mieli dość bałaganu i straty czasu.

Rosnąca sława Grzegorza jako specjalisty dosięgnęła do uszu brygadzisty, który nagle się nim więcej zainteresował. Regularnie zlecał mu inne roboty, aby nie mógł wykonać prawie żadnego zlecenia na czas. Zaczął wydzwaniać z pierdołami, aby tylko oderwać go od roboty, nawet posunął się do organizowania spotkań i wpisywania mu w papiery problemów organizacyjnych.

Grzegorz radził sobie na spotkaniach nieźle, dzięki własnej inteligencji i procedurze, że musi być jeszcze obecny ktoś inny z kierownictwa. Pan brygadzista szybko z nich zrezygnował, bo wkurzał się jeszcze bardziej na szczerość Grzegorza. Grzegorz miał pana brygadzistę w głębokim poważaniu, nic złośliwie nie robił, ani go otwarcie nie atakował, ale odpowiadał na zaczepki ironicznie i jakby przypadkiem puszczał farbę zadając dziwne pytania, tak aby oficjalnie wychodziły jego wszystkie niedociągnięcia brygadzisty.

Grzegorz założył małą firmę na boku i powoli rozkręcał interes, tak na wszelki wypadek, jakby przewidział jak to się skończy. Hurtownie wstrzymały zakupy, wypożyczalnie wstrzymały dostęp do narzędzi, a kontraktorzy darli koty. Od kilku tygodni mieli kłopoty w bankach, wstrzymane zostały kredyty na pensje, tylko było patrzeć jak komornik wpadnie i zajmie cały park maszynowy na warsztatach, albo samochody służbowe pozabierają.

Wczoraj w firmie Grzegorza wylali następnych 12 pracowników, a jemu wręczyli pismo o pilniej rozmowie o jego jakości pracy. Grzegorz przeczytał jak to dostanie szansę wypowiedzenia się na temat naglących problemów, wyszedł na podwórko i wyjął telefon komórkowy.  – Nie dam z siebie zrobić kozła ofiarnego, po mnie gnój nie będzie jeździł – mruczał pod nosem wykręcając numer do jednego z największych zleceniodawców – Dzień dobry, proponowaliście mi kilka razy współpracę, czy wasza oferta nadal jest aktualna…

 

Pieprzyć taką robotę – Część II 

 

 

Udostępnij na:

Dodaj komentarz

Required fields are marked *.



*