panelarrow

Moje3po3

Blog: opowiadania, reportaże, proza życia

okulary

Profesorek-Wtorek.

| 0 comments

Mała trylogia: Zagadkowy Profesorek-Wtorek

  1. Badania Trójkąta Bermudzkiego
  2. Wygibasy pierwszej klasy
  3. Co dalej? Czerwona czy niebieska pigułka?

 

Badania Trójkąta Bermudzkiego

Przyglądałam  się Profesorkowi z dystansu. Rozmawiał z innym uczniem, byłam za daleko, aby słyszeć ich rozmowę. Zresztą nie o to chodziło … Facet intrygował mnie od dłuższego czasu. Wyróżniał się i nie wiem dlaczego jego inność przyciągnęła moją uwagę. Profesorek  jakby się obawiał, ze ktoś go rozszyfruje. Co tak skrzętnie ukrywa? Na czym ta jego inność polega?

Nie mogłam się zdecydować , czy go lubię czy też nie. Wydawał mi się  jakiś taki nie stabilny, jakby walczyły w nim dwie zupełnie sprzeczne natury. Jedno ja było nieśmiałe i wyraźnie czymś skrępowane…    Tylko czym? Zresztą co to za różnica? To jego „nieokreślone ja” tworzyło nieprawdopodobny kontrast z zewnętrznym wyglądem Profesorka. Rozciągnięty sweter i dżinsy Profesorka wskazywały na człowieka na luzie. Natomiast jego grzeczność i niemodna już „dżentelmenia” bardziej by pasowała do garnitura, którego nie nosił.  Jednak, gdy założy okulary  i zacznie przewracać kartki w swoim grubym notesie wygląda jak prawdziwy profesor. Niektórym okulary świetnie pasuja, a jemu wyjątkwo i do twarzy i do zawodu.

Mimo, że szarpią nim sprzeczne uczucia (a może tylko takie sprawia wrażenie), jedno jest ujmujące, kiedy wyjdzie z swojego formalnego mundurka widać, że kocha uczyć. Jest to dziwna miłość taka jak u nastolatka, który jest zafascynowany nowym i nieznanym, ale tak naprawdę nie do końca wie co z tym zrobić. Wygląda na to jakby  Profesorek odkrywał, że niemieści się w ramkach narzuconego odgórnie systemu.  Może sztywne ramy kursu i cała ta biurokracja działa mu na nerwy, tak jak mnie? Chociażby za to powinnam go polubić…

Gdy zobaczyłam go po raz pierwszy pomyslałam, że przesadza z tym entuzjazmem. Teraz gdy spotykamy się częściej, już coraz lepiej się łapie w jego szerokiej i dość skomnplikowanej gamie uśmiechów. Najlepsze są dwa,  jeden  z serii pobłażliwy tatuś,  a drugi gdy uśmiecha półgębkiem, a oczy mu się szklą jak u maniaka… I wtedy lekcja jest najciekawsza, bo Profesorek wtedy wychodzi poza program. Jakby ktoś nacisnął guzik w radiu nadaje na zupełnie innych falach:  słucha inaczej, bo słucha aby cię usłyszeć;  nie jak wiekszość nauczycieli, którzy słuchają cię, aby się wypowiedzieć i zamiast myśleć o tym co mówi uczeń zastanawiają się co mu powiedzieć, gdy nareszcie skończy. Do tego sama nauka zaczyna być bardziej ciekawa, a oparta na osiąganiu celów ucznia, a nie sztywnych wytycznych. To dość niespotykane – odwracanie uwagii ucznia od nauki po to aby go nauczyć tego, co programem nakazano. I muszę przyznać, ta technika działa świetnie. Ciekawe czy professorek zdaje sobie z tego sprawę? Jeżeli tak to brawo za adaptację: czasem nie trzeba zmieniać rzeczywistości, a tylko własne podejscie.

Właśnie chyba nadszedł czas na mój ruch, teraz ja powinnam dostosować się do niego i sytuacji, wyjść z ramek, które sobie na wszelki wypadek narzuciłam.

 

Wygibasy pierwszej klasy

 

***

Wszystko się pokomplikowało, szczerze powiedziawszy to nawet nie wiem od czego zacząć… No to może najlepiej od początku…

To jest kolejny mój obowiązkowy kurs, który powinnam skończyć, czy mi się to podoba czy nie  i dlatego Profesorek zjawia się, co tydzień w naszej firmie w każdy wtorek.

Zgodnie z panującym w UK zwyczajem w  pierwszym dniu kursu, jak zwykle musisz przekonać, że się nadajesz i wtedy dopiero mogą cię zarejestrować  jako studenta. Najczęściej robisz test z wiedzy i znajomości języka, a czasem z matematyki; ale szkopuł w tym, że trzeba to bardzo sprytnie napisać. Musisz, więc uważać, aby nie wypaść za słabo, bo cię nie przyjmą, a jak się za bardzo wykażesz to ci w ogóle robić nie pozwolą lub musisz słono płacić. Zabawa polega na tym, że niektóre kursy w UK możesz robić za darmo tylko wtedy, gdy twój angielski kuleje. No cóż, w tej sytuacji jedni się starają, aby wypaść jak najlepiej i nie uczestniczyć w kursie, a inni robią, co mogą, aby się załapać. Gdy Profesorek oceniał mój poziom angielskiego musiałam się bardzo starać, co by ilość byków i pytań bez odpowiedzi była na tyle duża, aby się załapać i na tyle mała, aby się całkiem nie zbłaźnić. Wtedy starałam się dostosować mój język do zasobności portfela, a świadomość, że wreszcie będę miała certyfikat uspakajała poranioną ambicję.

***

Później robiłam kolosalne postępy, aby jak najszybciej  dorównać do mojego poziomu. Profesorek na początku starał się mnie douczać z wszystkiego, a później mnie przejrzał i zmienił strategię. Na zmianę mojej strategii było jednak za późno, bo Profesorek wyczaił, co raz umie raz nie umię, a co zawsze nie umie i tak szlifujemy angielski, a z tematu kursu dyskutujemy tylko przykłady z życia, no i dostaje do domu pytania, które wymagają pisemnej odpowiedzi…    I tak odkryłam, że zgrywania debila też się trzeba nauczyć, a ja naiwna myślałam, że każdy głupi to potrafi. Wtedy starałam się dostosować mój język do faktycznego poziomu, a „rozmowy” z Profesorkiem stawały się coraz bardziej wciągające. I wtedy odkryłam jego mniej lub bardziej świadomą taktykę „odwracania uwagi”.

***

Dwa tygodnie temu Profesorek założył mi bloga, bo uznał, że jestem wspaniałym obiektem badań i to się świetnie składa, bo on właśnie prowadzi jakiś projekt „ o zdalnym nauczaniu” (e-learning/ nauka przez Internet). Pan Profesorek chyba nie mógł wymyślić czegoś gorszego jak wpakowanie mnie w coś takiego. Ja i wirtualne piekło!  Profesorek sam siebie też nieźle wrobił. Ale skąd on mógł biedny przypuszczać, że ja nie cierpię tych nowoczesnych wynalazków. Wszyscy i wszędzie widzą mnie z laptopem i mają wielkie mniemanie na temat mojej wiedzy o komputerach i nie wiadomo czym. A ja robię to nie dlatego, że sprawia mi to przyjemność.  Po prostu instynkt przetrwania podpowiada mi, że taka jest potrzeba, aby odnaleźć się we współczesnym świecie. Ambicja wkurza się, że nawet małe dzieci potrafią różne cuda na komputerze, a ja nie, więc staram się nauczyć coraz to nowszych trików… Ambicja mnie wciąż pogania a rozum powtarza trzeba poznać swojego wroga.

Tak czy owak z tym blogiem to oboje mamy przekichane – Profesorek stara się zadawać jak naj bardziej dyplomatyczne pytania, a ja odpowiadam coś, co mi właśnie wpadło do głowy i najczęściej jest dygresją na temat, czyli uporczywym wracaniem do tradycyjnego sposobu nauczania, a nie zachwytem nad osiągnieciami zdalnego nauczania, jak on by chciał.  Do tego jeszcze, co jakiś czas sadzę błędy i zupełnie nie wiem, czy tylko z roztrzepania, czy to życie jest takie przekorne i złośliwe… Przecież mój angielski  nie pozostawia jeszcze wiele do życzenia…

Tak, zdecydowanie życie jest przewrotne i ma konszakty z bykami. Błędy współpracują z nim świetnie, bo  jak ich potrzebowałam to miałam trudności, aby je znaleźć, a jak ich unikam to nie mogę się od nich uwolnić. No cóż błędy zupełnie nie mają kultury i włażą się z buciorami tam gdzie ich nie zapraszają… Pewnie, dlatego trzymają się tak blisko ludzi – swój swojego zawsze pozna! Teraz staram się  jak mogę, aby dostosować mój język do odpowiedniego poziomu  i nie zbłaźnić się na Internecie. Zaczynam lubić Profesorka -Wtorka.

 

Co dalej? Czerwona czy niebieska pigułka?

Mam nadzieję, że samo życie napisze dalszy ciąg historii… Tak czy owak mój kurs się już kończy, czy kończy się też znajomość z Profesorkiem tego jeszcze nie wiem. Może blog pozwoli nam ocalić coś, co dobrze się zapowiadało? Jeżeli tak, to może zmienię zdanie na temat współczesnego wirtualnego świata…

Jak na razie to moda na robienie wszystkiego w sieci (nawet życia!) rośnie i rośnie. Obawiam się, że człowiek płaci ogromną cenę za ułatwienia i oszczędności czasowe…  Boję się, że czasami  zapominamy o tym, co najważniejsze: ludziach, zabijamy naturalny instynkt bycia razem i samotnie wręcz rozpaczliwie szukamy bratniej duszy, a samodzielne myślenie, umiejętności życia w realnym świecie naturalnie zamierają. No cóż kochamy robić rzeczy łatwo i szybko, i staramy się unikać wszystkich trudności, taka już ludzka natura. Za to nie lubię tego naszego drugiego wirtualnego życia, rodem z Matrixa, chociaż są rzeczy, które nie są możliwe do zrobienia bez Internetu. W sumie to jest jak na filmie zawsze masz do wyboru niebieską pigułkę i gdy ją weźmiesz wszystko wydaje się snem, zapominasz i ciągniesz swój wóz dalej. Gdy zdecydujesz się na czerwoną, zaczynasz dociekać prawdy, a takie dążenia nie są dobrze widziane i najczęściej kończą się boleśnie.

Ciekawe, jaką pastylkę wybierze Profesorek… No cóż kolejna nierozwiązana zagadka Profesorka -Wtorka. Na razie trzymam kciuki za czerwoną pigułkę!  Jego ruch na szachownicy życia!

Czerwony, niebieski, czerwony, niebieski, czerwony, niebieski… a może to tylko gra w zielone?

Udostępnij na:

Dodaj komentarz

Required fields are marked *.



*