panelarrow

Moje3po3

Blog: opowiadania, reportaże, proza życia

Oko_Diabla_2

W objęciach diabła – Scena 1. – Nowela „W szponach bestii”, część II

| 0 comments

 

Zestawienie wszystkich odcinków – nowela „W szponach bestii”

 

Nie wiem, od czego zacząć tą opowieść, za dużo i za szybko się wydarzyło. Może zacznę od tego, co się stało dzisiaj. Kilka minut temu zapukał facet do mych drzwi, schludnie ubrany pod krawatem, wyglądał jak biznesmen, aż trudno było uwierzyć, że to domokrążca. Wcale nim nie był wyjął legitymację, o mało się nie przewróciłam dowiadując się, że pan jest z działu zabójstw. Nie mogłam wycedzić słowa, zimny dreszcz zawładnął moim ciałem. Czyżby ten, który przejął kontrolę nad moim życiem doprowadził do morderstwa moimi rękami? Kogo i jak zabiłam?

Był sam i wcale nie chciał mnie aresztować! Patrzył na mnie dziwnie i przepraszał, że mnie wypłoszył. Po chwili wskazał na kamery zawieszone nad drzwiami głównymi i do ally-way (ally-way to przejście pożarowe, coś w rodzaju drogi ewakuacyjnej z tylnych ogrodów wokół kamienic). Zapytał czy może przejrzeć nagrania czy ma wystąpić o nakaz o udostępnienie filmu.

Cholera tyle miałam na głowie, nie wiem , czy było miejsce, aby zapisywać! Muszę sprawdzić!? Pan komisarz nalegał, aby zrobić to od razu. Miejsce na dysku skończyło się jakieś 2 tygodnie temu, co mu wcale nie przeszkadzało. Odtworzyliśmy ostatnie kilka minut nagrań. Przed moim domem był tłum, dziwne – nie było widać ludzi, tylko dwie osoby zasuwające szybkim krokiem do przodu. Głowy mieli pochylone, nie widać było twarzy, za nimi ktoś szedł, widać było cienie.

Po chwili zobaczyliśmy inne cienie na murku frontowego ogródka i na ścianie domu. Kilka minut cienie biegnących postaci rzucały czarne odbicia na moje okna i drzwi. Im więcej ich było tym bardziej szaro robiło się wokół, a srebrna poświata jak mgła zalewała brzegi lewej strony ekranu. W fosforyzującej mgle widać było innych, o bardzo nienaturalnie wydłużonych cieniach. Coś ciągnęli jakby przyczepę od auta albo wóz wypchany czymś, czego nie dało się rozpoznać. Słyszałam jak gliniarz co chwilę przeklinał „Fucking hell, what’s that?” (do diabła co to jest?) Bałam się odezwać, ale to przypominało to, co widziałam jak nie byłam sama!

Nagle mój komputer sam się włączył, błysnął biały ekran i z głośników popłynęła staroświecka muzyka. Oboje drgnęliśmy nerwowo. Wstałam szybko z fotela podeszłam do sprzętu, z furią pociągnęłam za kabel, wtyczka wypadła z kontaktu i sprzęt zamilkł. Odetchnęłam z ulgą, bo przez moment myślałam, że manipulator wrócił i to nic nie da, tak jak poprzednio. Z wysiłkiem uśmiechnęłam się do policjanta i wymyślając na poczekaniu gadkę, że sprzęt był ustawiony na automatyczne włączenie i ulubione przeboje mojego dziadka. Przecież nie będę mu tłumaczyć, że bestia zazwyczaj wycinała takie numery i często sprzęt hulał bez prądu!

Facet cofnął nagranie do poprzedzającego dnia i ku naszemu zdziwieniu znów zobaczyliśmy kilku przechodniów, łącznie z moimi sąsiadami, a w ich tle widać było złowieszcze cienie. Szczególnie jeden przykuł naszą uwagę miał jakby kilof w ręce i walił w głowę, ramiona kogoś na krzyżu? Po chwili było widać, że to nie krzyż, a ofiarę przywiązano w nadgarstkach do ściany. Widać było rozpadającą się na kawałki głowę i coś tryskało jak fontanna przy każdym uderzeniu.  Komisarz domagał się nagrania i upierał się, że jego koledzy powinni to zobaczyć.

Patrzył na mnie bazyliszkowym wzrokiem i jakby chciał mnie prześwietlić od środka. Zaskoczona i przerażona, kazałam pokazać identyfikator jeszcze raz, odpisując jego numer służbowy zaproponowałam mu kopie.  Coś pierdolił, że zrobi ją sam, ale nie dopuściłam go do sprzętu, bojąc się, że usunie oryginał. On też chyba był w szoku, nie protestował, nic nie mówił, o nic nie pytał, tylko na jego twarzy malowało się coraz większe napięcie. Miałam wrażenie, że się mnie boi, albo przytłacza go atmosfera mojego domu, ale może to tylko nagrania spowodowały to uczucie.

Ciągle mnie pośpieszał, ledwo sformatowałam memory stick już chciał wychodzić, jakby nie wykapował, że kopia jeszcze nie gotowa. Patrzył na mnie, ostro marszcząc brwi i w końcu zadzwonił po innych. Wycedziłam, że nikogo więcej nie wpuszczę do domu, niech czekają pod drzwiami, bo wykasuje wszystko, a jego psami poszczuje i wywalę za próg na zbity pysk. Zawołałam wilki, słyszał ich ciężkie łapy głośno dudniące na drewnianych schodach. Po chwili głuche łupnięcie o drzwi, napieranie na klamkę i drzwi się otworzyły.

Pies wsadził łeb do pokoju i spojrzał na mnie, bez słowa kiwnęłam ręką i położył się w wejściu, a drugi kudłacz tuż za nim. Facet zagryzł wargi i wycedził

–          Come dawn” (wyluzuj)

–          You do not have a warrant so do not mess with me! (Nie masz nakazu nie przeginaj!)

Atmosfera zrobiła się ciężka, a my coraz bardziej nerwowi. Mocno wkurwiony policjant wodził za mną wzrokiem, ukradkiem spoglądając na czuwające w porogu psy. Gdy nagranie było gotowe wręczyłam mu m-stick i odprowadziłam do drzwi. Psy szły przodem, siadły spokojnie pod drzwiami  i w skupieniu obserwowały jak facet wychodzi.  Nie odezwał się ani słowem, przed drzwiami dwie BM-ki głucho byłyskały kogutami na desce rozdzielczej. Zamknęłam drzwi, słyszałam jak odjeżdżają.

Wróciłam do pokoju, włączyłam nagranie i roztrzęsiona zaczęłam oglądać. W ciągu dnia nic się nie działo. Pod wieczór, gdy robiło się szaro pojawiały się cienie, pięć dni z rzędu. Odkryłam dodatkowy plik, tylko kilka sekund nagrania. Moje frontowe drzwi i okna, były otwarte szeroko, z zewnątrz lub do wewnątrz wlewała się gęsta maź. To coś wyglądało jak grafitowa drżąca rzeka, a może zasychająca lawa, skojarzyła mi się z żywym srebrem przelewająca się w tę i nazad, jak kropla rtęci w termometrze.

Nagle usłyszałam muzykę. Komputer sam się włączył, mimo, że wtyczka do listwy zasilającej wciąż leżała na dywanie? Spojrzałam ma ekran, był ciemny, tym razem się nie włączył. Trzeszczące dźwięki gramofonu znów wypełniły pokój, zobaczyłam rozpływający się cień tuż pod sufitem. Im bardziej był rozmyty tym muzyka grała cichszej. Po chwili zniknął, jeszcze przez chwilę słyszałam jakby echo „The prisoner’s song”, później nawet Vermon Dahart ucichł i cień całkiem zniknął.

 

***

Pamiętam jak to się zaczęło. Na moim komputerze pojawiały się dziwne komunikaty, po polsku i po angielsku. Najpierw w formie komentarzy do moderacji, niezliczony spam ze stronami o grach i naturalnych kosmetykach. Zaskakujące, że miały one bardzo personalny wydźwięk, ktoś zwracał się do mnie odpowiadając na pytania, które siedziały mi od kilku dni w głowie, a przecież z nikim nie rozmawiałam o tym głośno! Skąd do cholery ktoś wiedział, co myślałam wczoraj, albo nad czym zastanawiałam rano?

Nie mogłam nadążyć, aby to mazać i wtedy zaczęły się komunikaty w formie szkiców na stronie. Coraz bardziej mnie to nurtowało, więc zaczęłam czytać uważniej. Jakiś szalony haker zaczął mnie przekonywać, że powinnam dla niego pracować, a może współpracować z nim, w każdym razie groził, że jak się nie dostosuje to ukradnie mi bloga i wszystko, co mam na sprzęcie. Próbowałam wylogować administratora i zamknąć stronę. Nie mogłam nic zrobić, ani nawet korzystać z żadnych programów, ani wyłączyć cholernego komputera.

Pojawiła się na ekranie notka, wiem, że twój zaprzyjaźniony informatyk wyjechał, mogę robić wszystko. Pomyślałam, skąd huju wiesz, że pojechał. Na ekranie wyskoczyło – wiem więcej niż się spodziewasz. Wypłoszyłam się trochę, a to, co się później działo było jeszcze bardziej niepokojące. Poczta mailowa sama się otworzyła, pojawiały się różne listy, nie wyglądało na to, aby były moje, albo do mnie. Znikała i pojawiała się moja stara korespondencja, na początku wyglądało jakby, ktoś cofnął wysłane maile te, które czytałam i te których nie zdążyłam otworzyć.

Klęłam w duchu na sprzęt i domniemanego hakera, coraz bardziej na zastanawiałam się kto i dlaczego taki cyrk wyprawia. Najgorsze było, że słyszałam obcy głos w głowie, jak jakiś nachalny przekaz telepatyczny. Ten ktoś robił sobie docinki z tego, że nie wierzę w to, co się dzieje, a jednocześnie gadam z nim w myślach.

Wkurzyłam się i zaczęłam powtarzać  – wypierdalaj z mojej głowy. Na chwilę ucichło, nie dotknęłam myszki, a komputer wyświetlił znów profil administratora i atak spamu rozpoczął się na dobre. Chyba z nerwów i z ciekawości czytałam nadchodzące komunikaty. Nie wytrzymałam, chciałam to zmazać. Myszka reagowała poprawnie, otworzyłam stronę, do której był dołączony link. Obcy śmiech dobiegł z oddali, usłyszałam przechwałki, że robię wszystko z planem.

Ten ktoś najpierw mocno mnie krytykował za wszystko, co do tej pory robiłam w życiu, a szczególnie gdzie pracowałam i co obecnie robię. Sporo o mnie wiedział, aż mi się skojarzył z jakimś jasnowidzem. Później wpierał jak mam poprawić swoje życie i siebie przy okazji, nachalnie podpowiadał mi, co mam zrobić, abym była szczęśliwsza i piękniejsza. Absurd, ale na ekranie pojawiały się otwierały się samoczynnie strony o kosmetykach i oczyszczaniu ciała z toksyn.

Miałam wrażenie jakby ktoś do mnie szeptał, że wyglądam całkiem dobrze, ale są rzeczy, które mnie szpecą nie miłosiernie i powinny być usunięte. Ktoś wmawiał mi, że boję się publicznie pokazać i po cudownej kuracji będę odważnie pozować do zdjęć. Jakich pieprzonych zdjęć, nie mogłam zrozumieć i wtedy usłyszałam, ze do gazet. Głośno wyrwało mi się

– Pieprzony mentalny paparatzzi, w dupie mam ciebie i twoje gazety.

-Nie chcesz być sławna?

– A na cholerę mi większe kłopoty, dość mam utrapienia z tobą!

Z oddali usłyszałam znów ten kpiący śmiech i jakby natrętne echo: a jednak wierzysz, że jestem przy tobie! Na ekranie komputera pojawiało się zdjęcie twarzy kobiety, to miała być rzekomo moja twarz! W typie urody była rzeczywiście trochę podobna do mnie, ale to nie byłam ja, jak mi wmawiano. Na jej policzkach pełno było pryszczy, jakby wysyp młodzieńczego trądziku. Przecież ja nigdy nie miałam takich krost! Owszem, jako dorosła osoba chwyciłam ospę, ale to wyglądało zupełnie inaczej, nawet jako nastolatka miałam pojedyncze syfki, a nie takie plantacje białych wulkanów.

Pod zdjęciem była instrukcja pielęgnacji twarzy. Nie mogłam tego czytać, prostackie i niepotrzebne rady, przedstawione jak recepta na cud. W rogu ekranu było zdjęcie zwierzaka, nie powiem jakiego, bo jak kocham zwierzęta  to nie znoszę tego gatunku. Ten intruz wmawiał mi, że to moja podobizna, czym mnie wkurzył jeszcze bardziej. Niewinna minka i sztuczna postura, spowodowała natychmiastowe skojarzenie z martwym i wypchanym ciałem. Oczy przykuły mój wzrok, a właściwie odbicie tańczącej pary w zielono-burych źrenicach. Tancerka miała odkryte ramiona i długą, czerwoną suknię. Jej partner  był w smokingu i chyba w butach do stepowania.

Udostępnij na:

Dodaj komentarz

Required fields are marked *.



*