panelarrow

Moje3po3

Blog: opowiadania, reportaże, proza życia

Oko_Diabla_2

W objęciach diabła – Scena 3. – Nowela „W szponach bestii”, część II

| 0 comments

 

Zestawienie wszystkich odcinków – nowela „W szponach bestii”

 

***

Głos rozchodził się po całym pokoju, dudnił i odbijał się echem, pulsował na dnie mojego mózgu, zapewniając, że kto raz zobaczy oczy bestii, nigdy ich nie zapomni. Ekran komputera błyskał złowrogo z jego wnętrza wydobywała się ciemno szara mgła, miała zarys kształtu bydlęcej głowy i patrzyła wprost na mnie swymi olbrzymimi przekrwionym oczami. Nie mogłam wytrzymać tego przenikającego świdrującego wzroku, ale nie mogłam odwrócić głowy. Świat dookoła jakby przestał istnieć, widziałam tylko te cholerne, ociekające krwią oczy.

Po chwili wszystko ucichło, znów byłam w pokoju sama. Podniosłam głowę  i spojrzałam przez okno. Było szaro i robiło się coraz ciemniej. Nagły błysk rozciął powietrze, tuż po nim usłyszałam grzmot i lunęło deszczem. Nagle coś chwyciło mnie za ramiona i wbiło w fotel. Z lewej strony poczułam śmierdzący oddech i usłyszałam chrapliwy szept. – Ta burza to moja sprawka, przez ciebie woda zaleje cały świat, nie chcesz wykonywać moich poleceń to będziesz patrzyć jak cała ludzkość ginie, a ty umrzesz ostatnia!

Za oknem pojawiła się kolejna błyskawica, ogromne drzewo rozłupało się na pół i opadło  na sąsiedni dom. Budynek zapalił się błyskawicznie, na pierwszym piętrze wyleciały szyby i w rogu dachu widać było jęzory ognia przebijające się poprzez spękane dachówki.  Zerwałam się z krzesła i krzyknęłam głośno, gdy nagle coś wylądowało na mojej twarzy jakich cuchnący szambem koc, albo inna śmierdząca szmata. Po chwili straciłam równowagę i przechyliłam się do przodu, uderzyłam o coś i cholernie zabolało mnie ramię.

Nie mogłam się ruszyć, ale nie zemdlałam, śmierdząca płachta ciasno przylegała do mojej twarzy, coś ciągnęło mnie za nogi. Czułam jak obijam się o nierówności podłoża, nogi bolały coraz mocniej, słyszałam nieludzkie sapanie i chrząkanie wokół, ale z oddali dochodziły krzyki ludzkie. Chyba  wyciągnięto mnie na zewnątrz, bo usłyszałam szum wody i mój śmierdzący kokon zaczął przemakać.

Nie wiem jak długo to trwało, ale w końcu uchwyt wokół moich kostek zelżał i nikt mnie nie ciągnął. Przez chwilę leżałam na plecach, nie mogłam ruszyć ramionami, nogi miałam ścierpnięte. Nade mną słyszałam głośny i niezrozumiały bełkot. Nagle coś mnie uderzyło równocześnie w pasie i w głowę, a moje ciało poturlało się w dół.

 

***

Stałam na wzgórzu było całkiem ciemno, ale po lewej stronie na niebie zarysowana była płonąca łuna. Widziałam ciała popchane w dół przez dziwne otyłe i karłowate istoty. Ciała zawinięte w czarną skórę toczyły się ze wzgórza na dół. Na dole dwóch niewysokich osiłków ładowało je na stosy. Jeden układał je po prawej, a drugi po lewej stronie. Tam po lewej stronie ciała ruszały się i chyba od nich słychać było jęki i wrzaski. Nad ciałami po prawej stronie unosiła się dziwna ciemna chmura.

Ktoś tam stał z tyłu, może to był człowiek, a może posąg. Nie ruszał się, miał wyciągnięte do przodu ręce. Nad nimi unosiła się wibrująca czarna kula. Do kuli przylepiały się drobinki mgły odpadające co chwilę od chmury nad stosem ciał. Kula rosła i pulsowała.

Odwróciłam głowę, chcąc spojrzeć, co się dzieje po przeciwnej stronie. Było zupełnie ciemno. Obok mnie leżały wielkie kamienie, chyba dwa, albo trzy razy takie jak ja, i zasłaniały widok. Chciałam koniecznie sprawdzić co jest za nimi i ruszyłam się. Omal się nie przewróciłam i opadłam na najbliższy głaz, a wcale nie poczułam, że ruszyłam się i zrobiłam krok, wcale nie zabolało mnie zderzenie się ze skałą. Moje ciało było inne, jak galareta, a może jak mgła. Próbowałam dotknąć dłonią głowy, a później nogi, ale dłoń zatopiła się w moim ciele.

Dziwne, ale nie bałam się, nie panikowałam i spokojnie spojrzałam przed siebie. Zobaczyłam dwóch facetów pochylonych nad związanym, klęczącym człowiekiem. Wykrzykiwali coś do niego, a on coś odpowiadał. Słyszałam, ale nic nie rozumiałam. Znów docierał do mnie tylko ten cholerny bełkot, jak echo w pustej studni, albo coś w tym stylu. Tych dwóch poszturchiwało go i kopało w brzuch, aż się skręcał i kilka razy upadł na ziemię.

W końcu jeden z nich odszedł za głaz i po chwili wrócił z ogromną siekiera w ręce. Zamachnął się i walnął go prosto między oczy. Ciemna maź prysnęła na boi, a obie połówki głowy opadły na ramiona więźnia.  Jego ciało zachwiało się i runęło do przodu przed stopy kata. Wtedy usłyszałam głośny świst i nie wiadomo skąd wyskoczyło kilku karłów i szybko sprzątnęło zakrwawione ciało.

Patrzyłam na to, co się stało i nie mogłam się ruszyć. Nagle przede mną pojawiła się czarna mgła i zasłoniła widok. Mgła prędko zgęstniała i nabrała ludzkich kształtów, tylko głowę miała nieproporcjonalnie wielką jak zwierzęcy łeb. Postać zadrżała i ruszyła do przodu wprost na mnie. Czerwone ślepia błyszczały z daleka – Tu jesteś – rzuciła do mnie ochrypłym głosem – Witaj na progu piekła.

Zgłupiałam, nie wiedziałam, co się dzieje. Wtedy postać chwyciła mnie za rękę i drugą wymachiwała w stronę miejsca niedawnej egzekucji. Wszystko zniknęło i po chwili pojawił się obraz płonącego lasu. Wypłoszone zwierzęta gnały przed siebie wprost na nas. Stado antylop przeleciało i omal nas nie stratowało, tzn. czarna postać wciąż sztywno stała, a ja opadłam do połowy i zawisłam w powietrzu na jego ręce. Następne antylopy przeleciały przez nas, a później kolejne, coraz większe zwierzęta.

Popatrzyłam wprost w te płonące ślepia, nawet nie mrugnęły. Ogień był coraz bliżej, dotykał moich stóp, czułam smród palącej się skóry i pieczenie nóg. – Nie wierzę wrzasnęłam, nie wierzę nie jest gorąco, powinno mi być gorąco! Postać ryknęła i puściła moje ramie, jej ogromna ręka poleciała w moim kierunku. Zatrzymała się tuż przed moją twarzą i wtedy upadłam.

Wokół było szaro, leżałam na wilgotnej trawie, tuż u podnóża wulkanu. Ciało miałam zmarznięte i ścierpnięte. Siadłam i zaczęłam rozmasowywać stopy, w oddali słyszałam buczenie much i szum spadającej wody. Obserwowałam wybuchający krater. Widziałam chmurę dymu unoszącą się wysoko i pręgi lawy spływające po stożku.

Wydawał się być bardzo daleko, ale ziemia pode mną dziwnie falowała. Skąd ja to znam, takie falowanie pod nogami? – dłuższą chwilę nie mogłam sobie przypomnieć, ale byłam pewna, ze już kiedyś coś takiego przeżyłam.- Wiem! Byłam w Legnicy, doszło do tąpnięcia i w sklepie, w którym robiłam zakupy tak zafalowała podłoga. Regały zadrżały i część towaru upadło na ziemię. Pamiętam, że się wtedy wystraszyłam, bo ziemia się trzęsła jak galareta, ale po kilku sekundach minęło. Wszystkie szyby wyleciały z ram, raniąc jednego przechodnia, ale poza tym właściwie nic się nie stało poza pęknięciami na podłodze i połamanym chodnikiem na zewnątrz sklepu.

Siedziałam na tym dziwnym pagórku i ziemia pode mną falowała złowrogo. Patrzyłam jak zahipnotyzowana w ten wulkan przede mną, dookoła robiło się jeszcze bardziej szaro. Śmierdziało i   po chwili zorientowałam się, że pagórek na którym siedzę płynie w jego kierunku. Nagle docierała do mnie ogromny podmuch wiatru. Coś skleiło mi oczy, ostatnią rzeczą jaką pamiętam były nacierające tumany kurzu czy popiołu.

 

***

W pokoju było ciemno, coś moczyło mój policzek. Po chwili zobaczyłam nad sobą mordę mojego psa i dotarło do mnie jego melancholijne wycie. Leżałam na podłodze, do połowy owinięta zasłoną, złamany karnisz, był zaczepiony o róg parapetu. W świetle ulicznej latarni widziałam strzępy zasłony pod łapami psa. Długo nie mogłam się wyplątać z tego kokonu, w końcu jakoś wypełzłam na środek pokoju.

Nie miałam siły wstać, aby zapalić światło. Czułam się wrednie jakby ktoś wypompował ze mnie całą energię. Pies był podrażniony, pojękiwał i czołgał się w moim kierunku. Na klęczkach dotarłam do nocnej lampki i zapaliłam światło. Spory kawałek drzewa utknął w otwartym oknie, przypomniałam sobie burzę i uderzenie pioruna, ale coś mi nie pasowało. Konar drzewa nie był upalony i wyglądał jak badyl bez liści. Nawet jeżeli on zerwał karnisz to jak sznur od zasłon owinął się dookoła zasłony? Jak mogła się zwinąć w rurkę jak naleśnik i mnie uwięzić w swoim wnętrzu? Skąd wziął się pies w tym pokoju, jak wszedł przez zamknięte drzwi?

Spojrzałam na drzwi do pokoju. Szyba była rozbita! – cholera, młody, choć tu! Pies doczołgał się do moich stóp, cicho jęcząc – cholera, ale masz pokrwawione łapy!

 

***

Obudził mnie dzwonek telefonu, z trudem wygrzebałam komórkę z kieszeni spodni. – Nie ma szans nie wstanę z podłogi, pies poda ci klucz! – Ostatnią rzeczą, jaka pamiętam to myśl, że te „dziury w drzwiach” na listy u dołu angielskich drzwi to jednak wspaniały wynalazek.

Leżałam na sofie, mój facet siedział na fotelu i spokojnie zajadał kanapkę

– Zrobić ci coś do jedzenia?

– Nie, dzięki, nie jestem głodna. Głowa mnie boli, co się stało?

– Nic była burza, grzmot uderzył w budynek naprzeciwko, zjarało sąsiadom pól dachu. Musiałaś się wystraszyć i chwycić za zasłonę i ściągnęłaś na siebie karnisz.

Spojrzałam na kokon wciąż leżący na podłodze i w myślach dodałam z kpiną, że jeszcze ze strachu obwinęłam się sznurem  i rozbiłam drzwi do pokoju. – Gdzie pies?

– Na ogrodzie, włamał się do pokoju, aby cię ratować. Rozciął sobie łapę, nic się nie martw, drobnostka, sprawdziłem nie ma szkła i rana jest płytka, umyłem go, resztę sobie wyliże. Jutro połazimy po sklepach i poszukamy nowych drzwi, a teraz się prześpij.

 

 

Udostępnij na:

Dodaj komentarz

Required fields are marked *.



*