panelarrow

Moje3po3

Blog: opowiadania, reportaże, proza życia

Oko_Diabla_2

Z notatnika: 7 sfora przeklętych – nowela „W szponach bestii”, część III

| 0 comments

 

Zestawienie wszystkich odcinków – nowela „W szponach bestii”

 

***

Ocknęłam się na tamtym moście, znów wisząc głową w dół, nade mną rozciągało się ciemne niebo i metalowa konstrukcja, ktoś stał i opierał się o powyginaną poręcz, moje nogi były do niej przywiązane. Widziałam liny, przypominające drut kolczasty oplatające stopy i wrzynające się pod skórę, w kilku miejscach ciało już pękło i drobniutkimi strumyczkami sączyła się krew.

U góry było sporo ludzi, przechodzili obok i pędzili przed siebie nie zwracając, uwagi ani na ciemną postać manipulującą tymi linami, ani na mnie. Momentami widziałam szarość i wydłużone cienie, a chwilami niebieskie niebo i normalnie tętniące życiem miasto, korek samochodów stojących na światłach opodal mostu, dzieci idące do szkoły, gołębie skubiące coś w trawie. Gdy pod mostem jechały ciężarówki, konstrukcja roztrząsała się jak podczas rezonansu, moje ciało zawirowało i miałam wrażenie, że spadnę w dół prosto pod koła nadjeżdżającego tira.

– Będziesz tu wisieć tak długo dopóki trzeba, albo puszczę cię pod rozpędzone koła.

– Spoko, kiedyś się obudzę z tego koszmaru.

– To się dzieje naprawdę!

– Gówno prawda leżę pod ścianą we własnym pokoju!

Fala złości wypełniła przestrzeń, chyba usłyszałam – Suka – trwało to sekundy, a później tylko jednostajny buczący szum dochodził do mnie i powoli ucichł. Wraz z nim wszystko zniknęło, dookoła pojawiła się pusta przestrzeń, do tego biała jak mleko. Kurde jakbym była w nicości, nigdzie i nikogo nie było obok. Żaden dźwięk nie dochodził, nic nie widziałam, nie miałam pojęcia gdzie jestem. Byłam jak zawieszona w próżni, czas chyba nie płynął, nie wiem czy trwało to sekundę, czy minuty, a może parę dni.

Nic, dosłownie nic nie było obok, chciałam coś koniecznie zrobić, ale nie wiedziałam – co, nie wiedziałam, co można w ogóle można zrobić. Tak jakbym szukała jakiejkolwiek czegoś, co znam, ale nic takiego nie było. Kretyńskie uczucie jakbyś patrzył przed siebie i nic nie mógł dojrzeć, a jednocześnie nie możesz odwrócić wzroku, nawet nie jesteś pewny czy masz ciało i czy cokolwiek widzisz. Jakby wirujesz w jednostajnym rytmie, w totalnej bieli mlecznego światła i słyszysz ciszę. Unosisz się jak w stanie nieważkości nic nie czując i na siłę próbujesz myśleć, ale nie możesz się skupić.

Muszę sobie cokolwiek przypomnieć, co się stało nim wpadłam tutaj, co się stało wcześniej? – powtarzałam bez sensu i jak nakręcona w kółko, ciężko było nawet usłyszeć własne myśli. – Muszę sobie przypomnieć, nim mnie ta bezkształtna otchłań pochłonie na zawsze. – Skąd wiem, że to jest otchłań? Skąd wiem, że wcześniej tu nie byłam? Czemu nic nie widzę, nic nie słyszę? Co słyszałam ostatnio i na co patrzyłam?

Z oddali dotarł do mnie ten buczący jednostajny szum, strasznie cichutki i daleki. Jakby przez moment dostrzegłam konstrukcję z betonu z metalowymi powyginanymi jak od uderzenia poręczami. Na moście pojawił się cień unoszący się ponad wszystkim, biegał po rozwalonej powierzchni lub latał w kółko na oślep oddalając się i wracając w to samo miejsce. Nagle pomyślałam, że to zmarły starszy człowiek. Cień się zatrzymał i zapytał mnie:

– Gdzie mam iść?

– A skąd ja mam wiedzieć? – odparłam w duchu.

– Chcę wrócić – powtarzał cień – chcę wrócić… musze wrócić! – krzyknął i zniknął.

Wtedy usłyszałam swój głos, ale bardzo zniekształcony i nie wyraźny: – Gówno prawda leżę pod ścianą we własnym pokoju!

 

***

Zamknięto mnie gdzieś, w jakimś wielkim pomieszczeniu, nie mogłam się ruszyć, leżałam na ziemi i patrzyłam przed siebie. Dziwne kształty kręciły się wokół. Słyszałam szuranie kroków i przesuwanie różnych przedmiotów, ciężkich stawiających opór , jakby z trudem przesuwających się mebli i zupełnie lekkich rzeczy przekładanych z miejsca na miejsce. Czasem dochodziły odgłosy upadającego czegoś i rozwalającego się od uderzenia jak talerz czy rozbite szkło. Najczęściej dźwięczne metalowe postukiwania, jakby ktoś ciągle pukał chochlą o garnek, albo uderzał pokrywkami, coraz bardziej rytmicznie. Później pojawił się w tle zgrzyt, jakby ktoś skrobał paznokciami po szkle.

Na środku wszystko wirowało, przedmioty i postacie jakby zlewały się w jedną, pulsująca całość, ciągle ich przybywało. Z tyłu też jakby kłębił się coraz większy tłum i jakbym czuła ciepły oddech na plecach, jakby mnie obwąchiwało coraz więcej zwierząt i ślina toczyłaby się im z pyska i gorące kropla uderzała o moją skórę. Nie mogłam się obrócić, a później już nie chciałam, jakby obawiając się, co zobaczę za sobą. Szmer rozmów, czy pokrzykiwań stawał się coraz głośniejszy i mieszał się jakby w huk nadpływającej gwałtownie wody.

Było coraz zimniej, leżałam na wilgnym, lodowatym kamieniu, nie mogłam ruszyć nawet ustami, aby wziąć głębszy oddech. A za mną to coś było wciąż i stawało się coraz bardziej zuchwałe, szturchało mnie mokrym pyskiem. Czekałam, aż mnie w końcu ugryzie. Usłyszałam daleki dziki ryk, później jeszcze raz i odezwało się całe stado. Głos zbliżał się z przodu w moim kierunku i powoli dotarło do mnie, że słyszę ludzki wrzask. Wokół mnie nic już nie było, tylko wszechogarniająca ciemność.

– Co widziałaś? Co czułaś? – przerwa, ale ten ktoś ciągle stał – Możesz sobie milczeć i tak zawsze wiem, co myślisz! Wiem wszystko! Słyszałem, nie przeklinaj!

Zobaczyłam czarny kudłaty pysk i zakrwawione zęby rozszarpujące ludzką stopę.

– To twoja noga!

– Nie boli… Gówno prawda leżę pod ścianą we własnym pokoju!

 

***

Leżałam na podłodze, nadal nie mogłam się ruszyć. W pierwszym momencie nie byłam pewna gdzie jestem. Skądś znałam wytarte deski, w rogu była ciemna plama. Czarna blacha? Jak w starym domu, w którym kiedyś mieszkałam. Niegdyś stał tu piec kaflowy, został zburzony i pamiętam, że blachę oderwano, powinna być tam łata z nowiutkich desek, specjalnie ściemniana lakierem, aby nie odbijała od starej podłogi. Dziwne, gdzie podziały się meble?

Dechy zaczęły się podnosić jedna po drugiej, odsłaniając belki, do których przybito je dawno temu. Nie były popróchniałe, odrobine tylko zszarzałe i podniszczone, pośród nich widać było ziemię. Ziemia zadrżała, ziarenka zaczęły się podnosić i wirowały, przesuwały się na bok, wylatując drzwiami i oknami. Po chwili belki wisiały jakby w powietrzu, ale ziemia nadal wylatywała do góry i znikała.

Kolejnych kilka desek podniosło się, sponga łącząca ostatnią deskę tuż przy ścianie też, ziemia wypływała nadal, po chwili część ściany zwaliła się, tworząc dziurę na podjazd. Gruz usunął się gdzieś na boki i zniknął jak cała unosząca się do góry ziemia. Lej robił się coraz większy i większy, powoli zamieniając się w głęboki rów, z którego coś ciągle wysysało grunt.

Spojrzałam, co jest na dole i zrobiło mi się gorąco. W rowie leżały równo poukładane ciała, cały rząd na wpół rozłożonych ludzkich ciał, różnej wielkości w mocno poniszczonych ubraniach. Pożółkłe i szare kości wystające spod brudnego materiału i czaszki, niektóre z fragmentami skóry twarzy, a może to było zaschnięte błoto.

– Nie buduje się domu na mogiłach zmarłych – doleciało z oddali.

– Nie bezcześci się wojennych grobów, zostaw ich w spokoju.

– To ty ich znalazłaś, a nie ja.

– Czyżby?

– Ilu ich jest?

– 14 cywilów i jeden mundurowy… i ona.

– Jak ci się podobają własne kości? – usłyszałam, zamknęłam oczy, ale wciąż widziałam zwłoki kobiety, o której mówił głos. Była ostania w rzędzie, jakby wyżej niż pozostali, jej szczątki leżały powykręcane, jakby próbowała się odkopać. Miała tłuste, jakby ciężkie i spuchnięte kości o zielonkawo-brązowawym kolorze. Śmierdziała w przeciwieństwie do pozostałych zwłok. Tamtych kości wydawały się szaro-żółte i suche, jej wcale nie wyglądały jak beżowe. Ich kości były kruche i jakby się częściowo porozpadały, pozostawiając jamki ziemne wypełnione ciemnym ilastym osadem.

– Zostałaś zakopana kilka lat po wojnie.

– Gówno prawda leżę pod ścianą we własnym pokoju!

Wszystko natychmiast zniknęło, leżałam na podłodze we własnym pokoju, wszystko rozwalone wokół, jedyne co pozostało nie ruszone to zegar na ścianie. Przesunął się o kilka minut, ale nadal stał. Słyszałam głośne wycie, drapanie do drzwi i okien, przedmioty w pokoju drżały. Sfora przeklętych zbliżała się, wydając różne dźwięki, nie rozumiałam ich, ale nie przypominały ludzkich głosów, a jakieś bełkotanie i pomruki przeciągłe zwierząt.

Nagle usłyszałam otwieranie drzwi, głuche kroki w przedpokoju, nagle ktoś zapalił światło.

– Co się stało? – usłyszałam głos mojego faceta.

Podniósł mnie z podłogi, nic nie czułam, przesuwałam nogami i szłam posłusznie przez cały dom. Nie czułam, że mnie trzyma za rękę, chociaż widziałam jego dłoń oplecioną wokół mojego nadgarstka i drugą podtrzymująca w pasie moje sztywne ciało. Coś do mnie mówił, ale nie mogłam tego zrozumieć. Nie byłam pewna, czy to się dzieje naprawdę, czy mi się wydaje. Nadal słyszałam te dziwne dźwięki i przeklęte skrobanie.

Będąc w przedpokoju, widziałam siebie w pokoju, jedna wciąż siedziała na sofie, a druga mocno poobijana leżała wciąż pod ścianą, miała rozciętą kostkę, z poszarpanej rany toczyła się krew. Która z nas jest prawdziwa? Coś szeptało z tyłu – on nigdy nie wróci! Świat zawirował, zrobiło się czarno, maleńkie drobinki srebra wirowały w kompletnej ciemności, jak deszcz srebrzystych przecinków spadały w otchłań.

 

 

Udostępnij na:

Dodaj komentarz

Required fields are marked *.



*