panelarrow

Moje3po3

Blog: opowiadania, reportaże, proza życia

śmierć

Zapach śmierci – część I

| 0 comments

 

Nati siedziała w altanie, na sąsiednim krześle siedział starszy pan z laską zawieszoną na oparciu ogrodowego fotela.  Czekała, aż rezydent spod trójki wypali papierosa. Dzięki niemu mogła wziąć przerwę w każdej chwili, gdy jej potrzebowała. Dziś miała humor pod psem, lekko to wykorzystywała, wcale nie mogła się skupić na pracy. Wszystko przez ten zapach prześladujący ją od kilku dni.

Nati była w duchu zadowolona, że dwóch staruszków ma zezwolenie na kontynuację nałogu. W sumie to rzadko się zdarza, aby w domu opieki na to pozwalali.  Ich lekarzowi wcale to nie pasowało,  skurczybyk sam ciągnął cygaro za winklem, a kampanię przeciw tytoniową prowadził jakby wierzył w to co mówi! Jedno było pewne dziadkom nie mogli palenia zabronić dopóki nie ograniczą im praw, a nie wszyscy rezydenci mieli zdiagnozowana demencję.

Lekarz psioczył, ale nikt poza nim się tym nie zajmował, pół personelu tez paliło, więc nawet byli zadowoleni. Przecież to dobrze wygląda iść na dymka, bo rezydent chce niż brać kolejną przerwę. Ośrodek był mały nic nie dało się ukryć!  Z resztą zmienili statut pięć lat temu, właśnie dzięki palaczom nie mieli tyle pustych łóżek, a konkurencja na rynku prywatnym rosła.

Dziadek przestał nawijać, szeptał pojedyncze słowa cichutko pod nosem. Po chwili zapatrzył się w niebo, było wyjątkowo ciepło, a wiosenne słońce ogrzewało ich wciąż uśmiechnięte twarze.  Nati weszła do budynku zebrała kilku jeszcze „ruchawych” pacjentów i zabrała ich do ogrodu. Śpieszyła się, aby któraś z dziewczyn nie uprzedziła jej zamiarów.  Nati porwała kosz z ze słomianymi kapeluszami , kremem i rękawiczki.  Dziadki są zadowolone, że ktoś ma dla nich czas, a aktywność w ogrodzie to najlepszy pretekst, aby myśleć swoje i wymigać się od papierkowej roboty.

Nati zawsze uwielbiała siedzieć z nimi w ogrodzie, niektórzy rezydenci mieli takie piękne wspomnienia.  Od samego początku, nawet jak jeszcze ciężko harowała „na podłodze” jako  zwykły opiekun, też to robiła, często zabierała ich do ogrodu. Przy nich nauczyła się języka i lepiej poznała historię tego kraju.

 

***

Zapach był słodkawy, przybierał na sile z dnia na dzień, czasem już odurzał swoja intensywnością.  Nati wyszła na korytarz, zostawiając starą schorowaną kobietę samą w pokoju.  Kobieta zawołała ją ochrypłym głosem. Nati nie mogła się zdecydować, wracać do biura, czy jeszcze chwilę posiedzieć z nią w pokoju. Podeszła do pomarszczonej Joyce i pogłaskała ją po ręce.

–  Spróbuj się przespać za chwile wracam. Muszę ustawić rotę na przyszły miesiąc?

– rotę?

-Tak,  taki plan, kto na jakiej zmianie pracuje, ktoś się przecież musi Wami opiekować!

-… mój dziadek miał motocykl, często woził mnie na nim, mój mąż zabierał mnie na piknik na plażę, mieliśmy wielki wiklinowy koc… – Joyce jeszcze coś zamamrotała, zamknęła oczy, ale dalej cichutko opowiadała o swojej rodzinie.  Po woli jej słowa przestały układać się w logiczną całość, wspomnienia mieszały się z jakimiś oderwanymi od kontekstu słowami. Głos przycichł, z trudem oddychała i po chwili znów zaczynała swoje majaki.

Nati wyszła z pokoju, smutno patrzyła przed siebie, Joyce dalej posapywała i gadała na przemian.  Nati była już w ogrodzie – Już nie długo – pomyślała. Wzięła głęboki oddech, wciąż czuła w nozdrzach ten odurzający słodkawy zapach, nawet dziadkowy dym z papierosa nie mógł go zagłuszyć.  Stanęła bliżej okna kuchennego, może te zapach pieczonego kurczaka to przebije?

Nati od dziecka instynktownie wychwytywała, że wisi coś w powietrzu. Na początku to uczucie wydawało jej się zawsze takie same i budziło jakiś nieuzasadniony lęk. Dziwnie się czuła jak to coś nieuchronnie wisiało nad jej plecami. Długo nie umiała tego opisać, ale przypominało to uczucie, gdy mimo, że nie widzisz kto, masz wrażenie, że ktoś na Ciebie patrzy.

Czasami to niewidzialne coś stawało się bardzo intensywne, nawet gdy była w pokoju sama.  Czasem miewała koszmarne sny.  Z biegiem lat nie kojarzyła już tego tylko z kłopotami, ale z odejściem osób, które kochała.  Chyba już nauczyła się to lepiej rozróżniać i przyzwyczaiła się z tym żyć. Od śmierci Damiana wyczuwała ten zapach wyjątkowo intensywnie, był mdlisty i narastał, im śmierć była bliższa tym bardziej stawał się słodkawy i intensywny.

Odkąd podjęła prace w domu starców i śmierć częściej stawała na jej drodze, zapach zaczął się pojawiać nie tylko od bliskich jej sercu, zaczęła go wyczuwać nawet do obcych.  Jak się przeniosła do tego ośrodka zaczęło się najgorsze. Przez jakiś czas nie mogła jeździć autobusami, unikała tłocznych miejsc, nawet na jakiś czas przestała chodzić do supermarketów. Aż w końcu nauczyła się z tym żyć i wszystko wracało powoli do normy.

 

***

Nadi wróciła do domu wyjątkowo zmęczona, otworzyła piwko i wsadziła nogi do miednicy. Czytała, stukała na komputerze, na siłę szukała zajęcia, aby nie myśleć o tym, co będzie. Domowe pielesze działały ukajająco, do głowy powoli wkradała się głupawka, ale słodkawy zapach powracał natrętnie. Dopiła ostatni łyk i legła do pościeli…

Ze snu wyrwał ja telefon z pracy, drżącym głosem kobieta po drugiej stronie słuchawki relacjonowała najświeższe wydarzenia.

– Nadi znów mamy kłopoty na budynku… Turner rozrabia, uderzył Tobiasza. Tobiasz upadł i głową zahaczył w kant kominka, wezwaliśmy pogotowie, policja też tu jest. Nati przyjedziesz?

– Christine uspokój się. Jak Tobiasz?

– Zabierają go na przeswietlenie, chyba będą szyć… Wygląda paskudnie, ale chyba nic mu nie jest. Zaraz polecę na piętro sprawdzić…  matko boska…

– Christine?

– Matko boska…

– Christine gdzie jesteś?

– No w biurze, szukam papierów, bo kazali przynieść… Cholera ile tych segregatorów…

– Plan opieki Tobiasza jest jeszcze niegotowy, jego teczka leży na biurku u Anny.

-Tak, tak przecież to nowy rezydent…

– Christine idź na górę, daj im papiery Turnera, nie powinno być z tego draki, z Turnerem już nie raz były kłopoty, o co tym razem poszło?

– o pilota do telewizora…

– Powiedz tym z pogotowia, że Turner ma zmienione leki od kilku dni, zgłaszaliśmy do przychodni, że jest nadpobudliwy!  Tobiasza opisz tak jak się da, podsuń im wypis ze szpitala, powiedz, że z rodziną nie mamy kontaktu. Wyślij z nim jakąś dziewczynę, nie puszczaj go karetką samego, bo baba z socjalki nam łeb urwie!

– Nati, a co z policją?

– Uśmiechaj się do nich, jest druga w nocy, zwykła procedura, cos robić muszą. Tak sobie sprawdzają rutynowo, w końcu zgłosiliście przemoc. Musze kończyć, poradzisz sobie i zadzwoń do mnie za chwilę jak się pojada urzędasy i ochłoniesz!

 

***

Nati sięgnęła po szklankę mineralnej, wypiła duszkiem, ostatni łyk chyba zbyt łapczywie, bo aż jej się głośno odbiło.  Myślała o Christine, nadal nie była pewna, czy ona nadaje się na seniora. Jej wiedza teoretyczna przebijała wszystkich, ale nie pracowała tu zbyt długo, wydawała się panikować zbyt często. Może przerażała ja wielkość ośrodka, w końcu przyszła tu z maleńkiego domu opieki.

Nati przypomniała sobie jak ona zaczynała. Stara wiktoriańska kamienica, kilku dziaduszków przesiadujących ciągle w fotelach , niewiele personelu jak jedna wielka rodzina, to były czasy!  A teraz, moloch bez klamek, zawrotne tempo, jeszcze dobrze nie nauczysz się imion rezydentów, a już zmiana łóżka.

Czasem się złościła, że przyjmują dziadków na przechowanie, gdy rodzinka jedzie na wakacje. Nigdy nie wiadomo było, co z tego wyniknie, a najczęściej pojawiały się kłopoty. Starzy ludzie długo nie mogli się odnaleźć w nowej sytuacji, jak się zaaklimatyzowali z reguły zabierali ich do domu. Nie, teraz tak już  coraz częściej zostawiali, tak jak Turnera się pozbyli.

Telefon wyrwał Nati z zamyślenia.

– Cześć Christine, jak tam?

– Policja pojechała, Turner już śpi, a Tobiasza zabrali, pojechał sam, nie mogłam nikogo wysłać, Angela jest na parterze, pewnie z Alicją, bo znów żyga nie miłosiernie. Ja też nie mogę jechać, przecież Jemsa samego na dwóch piętrach nie zostawię…

– Christine, dlaczego nie ma Pat?

– James wziął jej zmianę coś jej wypadło… – odrzekła Christine, a Nati aż zagryzła wargę, ledwie hamując się od przeklinania, jeszcze się nie nauczyli, aby się samowolnie nie zamieniać.

– Christine spisz wszystkie raporty, ten z wypadku niech podpiszą świadkowie. Wiesz w sumie nieźle ci poszło,  gdzie wiozą Tobiasza, do którego szpitala?

 

  Zapach śmierci – część II (ostatnia)

 

 

Udostępnij na:

Dodaj komentarz

Required fields are marked *.



*